wtorek, 22 lipca 2014

Mama Nieprzystosowana

Telefon zadzwonił niespodziewanie, wczesnym popołudniem.
- Ratuj, bo ja tu o_s_z_a_l_e_j_ę - usłyszałam w słuchawce zdenerwowany głos Grażynki - ta gówniara mnie wykończy! Zocha! Przestań w końcu ryczeć! Ale już - wydarła się moja koleżanka gdzieś za siebie.
Już? - pomyślałam - dawałyśmy jej  5 dni. Dziś był dopiero trzeci.
Grażynka to jedna z tych kobiet stworzonych do rzeczy wyższych. Pracuje w jednej z największych agencji reklamowych, na wysokim stanowisku, uwielbia wystawne przyjęcia i weekendy w spa. No, przy okazji ma też w życiu psa i dziecko, dokładnie w tej kolejności. Ponieważ i ona i mąż pracują do późna, Zofią (albo jak mawia Grażynka Sofiją) zajmuje się niania, ciocia Ania. Oczywiście także w soboty, bo przecież Grażynka musi mieć czas dla siebie, na wycieczki z mężem i eleganckie kolacje. No i są jeszcze dziadkowie, którzy z ochota porywają małą na weekendy, wyznaczając precyzyjnie grafik, aby nikt nie był poszkodowany w kontakcie z wnuczką. Tak więc, jak kiedyś policzyłyśmy przy flaszce dobrego wina, Grażynka spędza z córką maksymalnie 2 godziny dziennie. Jakież było nasze zadziwienie, gdy miesiąc temu oświadczyła nam, że zamierza spędzić urlop z Zosią, w domku pod Warszawą.
- Pani Ania chce wziąć urlop, moi rodzice jadą do Grecji, a teściowie nad morze. Chcę spędzić ten czas z Sofiją - orzekła Grażynka
- A co ty będziesz z nią robić, przez bite 2 tygodnie? - spytała Kryśka
- Może w końcu zacznę ją uczyć hiszpańskiego? Drugi język w wieku 5 lat to chyba nie za późno? - zaniepokoiła się Grażynka
- Nieeee... - uspokoiła ją Baśka, a my w milczącym porozumieniu wypiłyśmy kolejny łyk kawy.
- Daję jej tydzień - powiedziała Baśka, gdy Grażynka opuściła moje małe mieszkanko, tłumacząc się kolejnym spotkaniem.
- No co ty! Wytrzyma maksymalnie 5 dni - orzekłyśmy z Kryśką.
Tymczasem minęły trzy, a Grażynka już bliska była obłędu.
- Przyjeżdżaj - zarządziła i odłożyła słuchawkę.

- Ja chcę do cioci...buuuu... - wyła mała Zosia, gdy przekroczyłam próg wiejskiej posiadłości mojej koleżanki.
- Sofijo, mamusia tu jest... i ma nowa lalkę dla ciebie - Grażynka próbowała zachować resztkę spokoju i wkupić się we względy małej piękną i chyba bardzo droga lalką, raczej wersją kolekcjonerską niż dziecięcą.
- Nie chcę lalki - ryknęło dziecko - ja chcę do cioci Ani, buuuuuu...
- A rycz sobie do woli - poddała się Grażynka i trzasnęła drzwiami zostawiając mnie w pokoiku wraz z dziewczynką.
- Chodź, poczytamy książeczkę - powiedziałam i usiadłam w fotelu. Mała chlipiąc usadowiła się na poduchach, na podłodze. Na szczęście Zosia była tak zmęczona płaczem, że po chwili czytania zasnęła. Zeszłam na dół, do Grażynki.
- Co się stało? - zapytałam i to był mój błąd, bo Grażynka całkowicie się rozhisteryzowała.
- Nie mam siły do tego dziecka - płakała - Nic jej nie pasuje. Ciągle płacze albo marudzi. Nic nie mogę zrobić - ani poczytać, ani się poopalać, ani pogadać przez skypa. Obłęd jakiś!
- Masz małe dziecko. To normalne - próbowałam tłumaczyć
- Normalne?  - oburzyła się Grażynka - To ma być normalne, że zamiast cieszyć się z wakacji z mamą Sofija ciągle płacze i chce do tej Anki?
- Tak. Mała tęskni. Nie zaprzeczysz chyba, że większość czasu spędza z panią Anią. Jej się tu nudzi po prostu. Chce się bawić.
- Ale co ja mam zrobić? - rozłożyła bezradnie ręce Grażynka - Próbowałam ja uczyć hiszpańskiego, ale jak ja mam ją czegoś nauczyć, jak ona ciągle się kręci i rozprasza? Kupiłam jej nową lalkę, to widziałaś, co z tego było. Zabrałam na lody, to mi powiedziała, że nie lubi truskawkowych i odmówiła zjedzenia. Ja się nie nadaję na matkę - podsumowała.
Już jej miałam przyznać rację, ale gdy spojrzałam na tę bezradna kobietę zrobiło mi się jej żal.
- Nie martw się. Coś poradzimy. Masz ziemniaki?
- Mam - odpowiedziała zdziwiona Grażynka.
- A znajdziesz jakąś niepotrzebną deskę do krojenia? Drewnianą?

Kiedy Zosia zeszła na dół, wzięłyśmy ziemniaki i zrobiłyśmy z nich stemple. Najpierw mała bawiła się w tworzenie stempelkowych wzorów na kartkach. Później dałyśmy jej deskę i pozwoliłyśmy ozdabiać ją wyciętymi w ziemniakach wzorami. Stemple zrobiłyśmy razem, a gdy Zosia pochłonięta była zdobieniem deski, my miałyśmy sporo czasu na wypicie kawy.
- Widzisz, jakie to proste - powiedziałam, gdy sączyłyśmy kawę patrząc na skupiona minę dziecka - wystarczy trochę wyobraźni i rzeczy, które możecie robić razem.
- Nie wystarczy - westchnęła Grażynka - musisz mi zostawić instrukcję, co ja mam z nia robić.
Zostawiłam. Może nie instrukcję, ale spis kilku zabaw dla matki i córki. Efekt był taki, że Zosia już więcej nie pytała o ciocię Anię, a Grażynka... No cóż, chyba nasza koleżanka zmieni tryb życia, bo dotarło do niej, że dziecko to nie zabawka, którą można się pobawić wtedy, gdy jest nam wygodnie i mamy ochotę.

ZABAWY DLA ZOSI (lat 5):
1. Wybierzcie się na spacer z koszyczkiem na skarby i nazbierajcie różnych darów natury - listków, kwiatków, kamyczków, kory, mchu, patyczków itp. W domu weźcie kawałek tektury i klej. Przyklejajcie przyniesione przedmioty tworząc własne obrazy.

2. Zróbcie masę solną wg przepisu:
  • szklanka mąki,
  • szklanka soli,
  • 125 ml wody
  • 2 łyżki rozpuszczonego wcześniej kleju do tapet  
 Świetną zabawą jest już samo zagniatanie ciasta. Gdy masa jest gotowa, możecie z niej ulepić figurki lub... zrobić ozdoby na choinkę, wycinając z ciasta kształty foremkami do ciasteczek. Rzeźby można pomalować farbkami wodnymi.
Zosia i Grażynka zrobiły serduszka na choinkę oraz biżuterię dla lalek :)

3. Ukryj w ogrodzie skarb (np. torbę z cukierkami), a następnie przygotuj wskazówki, które pozwolą dotrzeć do skarbu. Wskazówki mogą łączyć się z zadaniami do wykonania, tak aby zadanie było dopiero kolejnym krokiem w stronę skarbu. Ukochana zabawa wszystkich dzieciaków ;)

4.  Nadmuchajcie balony, a następnie wypuście z nich powietrze. Do balonów przy pomocy lejka wsypcie mąkę i trochę wody, by maka się uplastyczniła. Zawiążcie balony i zróbcie  z nich śmieszne głowy. Możecie pomalować twarze ;)

5. Zróbcie teatrzyk ze starych rękawiczek. Poucinaj palce od rękawiczek do zmywania. Flamastrem narysujcie twarze. Pacynki można też ozdobić cekinami, wstążeczkami, kawałkami sznurka, guziczkami itp. Możecie np. wystawić bajkę o Kopciuszku i nagrać ją na video.

6. Zróbcie wizytówkę na drzwi dziecięcego pokoju. Na tekturze / deseczce napisz dziecku tekst, który chce, aby był na wizytówce. Na liniach naklejcie makaron o różnych kształtach. Można też tą samą technika stworzyć makaronowe obrazy. Można też zabarwić makaron barwnikami spożywczymi.

7. Starą patelnię napełnijcie ziemią i posadźcie w niej malutkie roślinki (latem bez trudu można kupić takie sadzonki za grosze na jakimś targu). Stwórzcie magiczny ogród, korzystając z kamyków, kawałków lusterek, miniaturowych zabawek

czwartek, 17 lipca 2014

JAK PAN ŚMIE!

Na spotkania na Saskiej Kępie przybyłam wcześniej, więc postanowiłam poczekać na znajomego w małej, spokojnej kawiarence, która odwiedzam od lat. O tak, chłodny sok i książka - idealne miejsce. Jest dość ciasno i jakoś dziwnie głośno. Myślę o rezygnacji z soku, ale wizja czekania na kumpla na ulicy, w skwarze popołudnia średnio mi się uśmiecha. Kątem oka wyszukuję wolne miejsce - hmmm...jakaś starsza para, dwie psiapsióły, dzieci jedzące lody (na oko 7-8 lat), jacyś faceci omawiający interesy, tatuś z dwiema córkami. Standard, a jednak...
Próbuję usiąść przy jedynym wolnym stoliku, niedaleko Psiapsiółek, tuż obok rozwalonego na podłodze psa znacznych rozmiarów, niewątpliwej własności jednej z wyżej wymienionych. Kawiarenka jest mała,  psisko toruje całkowicie przejście, a ja nie mam odwagi, by zrobić krok przez zwierza bez kagańca. Moje przepraszam pozostaje bez reakcji, podobnie jak próba ominięcia psa. Siedząca obok starsza para wymownie wskazuje młodziuteńkiej kelnerce przyklejony na szybie "zakaz wprowadzania zwierząt", ale dziewczyna tylko bezradnie rozkłada ręce. W końcu udaje mi się dogadać z psem (Psiapsióła 1 nadal nie widzi świata poza swoją interlokutorką) i usiąść przy stoliku. Tak, zdecydowanie zwierzęta są mądrzejsze od ludzi... Chwilę później okazuje się, że pies to nie jedyna własność Psiapsiół. Jest jeszcze trójka dzieci, które dotychczas zajadały lody. No ale lody się skończyły, a siedzenie w kawiarni i gadanie o kurortach jak wiadomo nie jest ulubionym zajęciem małolatów. Tak...moje marzenia o spokojnym poczytaniu książki odeszły w niebyt. Na początek dzieci w euforycznej zabawie rozwaliły wszystkie serwetki ganiając się miedzy stolikami i rzucając w siebie papierowymi kulami. Pociskiem dostał oczywiście także jeden z biznesmenów i tatuś, a starszej pani serwetkowa kula wylądowała w kawie. Oczywiście zero reakcji ze strony Psiapsiół. Zajęte plotami w ogóle nie widziały, nie słyszały i "nie miały" ze sobą dzieci. Ktoś zwraca uwagę. O! Będzie reakcja! "Jasiu, uspokój się" - mówi w powietrze Psiapsióła 2 i wraca do rozmowy w ogóle nie zwracając uwagi na reakcję Jasia, który oczywiście nic sobie nie robi ze słów matki i zaczyna trenować skoki w dal, ze schodów na śliską posadzkę przy drzwiach. Dołączają się pozostałe dwa bachory. Wrzask. Kelnereczka patrzy na sytuację z przerażeniem i widać, że nie bardzo wie, co ma zrobić. To chyba jej pierwsza praca. Goście kawiarni spoglądają po sobie - buduje się porozumienie. Co chwila Psiapsióła 1 lub Psiapsióła 2 nie przerywając rozmowy rzuca w powietrze "Jasiu, ciszej" / "Marysiu, uspokój się", co oczywiście nie pociąga za sobą żadnych skutków... W końcu nie wytrzymuje tatuś, którego dwie malutkie córeczki grzecznie wcinają lody i ostrym głosem wydaje rozkaz "Siadać do stolika i cisza". Ooooo... Psiapsióły przerwały rozmowę. Awantura gotowa. "Jak pan śmie krzyczeć na moje dzieci?!" "Co panu przeszkadza? Dzieci się bawią!" itp.itd. Na sali pojawia się kierownik kawiarni i zdecydowanie wyprasza Psiapsióły wraz z psem i dziećmi. "Pan pożałuje" - drze się Psiapsióła 2 - "Ja jestem dziennikarką, ja pana zniszczę. Napiszę, że pana kawiarnia jest nieprzyjazna mamom z dziećmi". I chwała Bogu - myślę - może pojawi się znaczek "zakaz wprowadzania dzieci".
*  *  *
Bardzo cenię wszelakie instytucje, które propagują aktywność mam z dziećmi, ale ostatnio coraz częściej jestem świadkiem zjawisk podobnych do tych opisanych powyżej. Rodzice są przekonani, że wszyscy wokół muszą z euforią znosić wybryki ich dzieci, że każde zachowane można usprawiedliwić stwierdzeniem "przecież to tylko dziecko". Osobom zwracającym uwagę zarzuca się brak tolerancji lub wręcz posądza się je o dyskryminacje rodziców. A co jeśli ktoś na co dzień pracuje np. w przedszkolu i ma ochotę wypić sobie w spokoju kawę, w miejscu, które nie jest przystosowane do dziecięcych zabaw, ba - wcale nie pretenduje do miana miejsca przyjaznego dzieciom? Niedługo będzie mógł to zrobić wyłącznie we własnym domu. W imię tolerancji.

piątek, 2 maja 2014

Różewicz pod kluczem

Tuż przed majówką zadzwonił telefon. Szlag. Coś mnie podkusiło, żeby odebrać. Po drugiej stronie Szefowa. Niby prywatnie..."a co słychać...a jakie plany na majówkę...no wiesz, bo jest sprawa". Sprawa zabrzmiała złowrogo i okazała się być osiemnastolatkiem tuż przed maturą. Zgodnie z powszechnym zwyczajem majówkowym moja asertywność wzięła sobie wolne, więc 1. maja zamiast leżeć odłogiem, zaprosiłam "sprawę" na konsultacje.
Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach pojawił się rozgarnięty młodzieniec z bukietem bzu i od progu zaczął litanię dziękczynno - przepraszającą. Zaproponowałam tiramisu. Okazało się, że Sprawa jest ginącym gatunkiem maturzystów, którzy mają przeczytane wszystkie lektury, znają trochę historii i mają sprecyzowane zainteresowania. Po co więc ta cała akcja powtórki przed maturą z polskiego?
- No bo wie pani... Ja nie umiem pisać wypracowań maturalnych - zwierzył się Sprawa.
Masz ci los! - pomyślałam - niewątpliwie klasnę, machnę czarodziejską różdżka i gościa oświeci. Dlaczego wszyscy sobie wyobrażają, że można kogoś nauczyć pisania sensownych prac w pół godziny?
Już miałam się oburzyć i podziękować Sprawie za współpracę, gdy ten podsunął mi pod nos swoje wypracowanie nieśmiało informując, że przyniósł coś na próbę. Zaczęłam czytać i z każdym akapitem moja żuchwa coraz mocniej odczuwała działanie grawitacji. Miałam przed sobą całkiem zgrabny esej teoretyczno -  literacki.
Gdy już minął pierwszy szok, popatrzyłam na maturzystę i stwierdziłam:
- Nie rozumiem, w czym mogę pomóc...
- Nie umiem pisać wypracowań - powiedział Sprawa - Bo wie pani, w gimnazjum to wszystko było jasne: rozprawka, charakterystyka, esej. A tu - każą pisać jakieś wypracowania i co nie napiszę, to jest źle. Interpretować też nie potrafię - dodał.
- No nie gadaj - roześmiałam się wymachując wypracowaniem  - to kawał ciekawej interpretacji!
- Możliwe, ale oceniony na 7. punktów - Sprawa pokazał mi kartę oceny pracy - nie umiem trafić w klucz.
I wszystko jasne. Resztę słonecznego, majowego dnia poświęciłam na idiotyczną czynność wciskania w schemat jednostki o niewątpliwym talencie humanistycznym. 

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *
Klucz -  bóstwo, przed którym płaszczą się pedagodzy i drżą  abiturienci. Wszystko ma być pod linijkę, jednakowe. Wszyscy maja odpowiadać tak samo, niezależnie czy są uzdolnieni matematycznie, czy artystycznie i trafiać w tok myślenia twórców zadań. Pozostaje tylko pytanie, po co? Czy rzeczywiście dowodem dojrzałości jest schematyczne myślenie i trafianie w czyjeś wyobrażenia? Czy też raczej umiejętność czytania literatury i logiczna analiza, nie zawsze kompatybilna z tradycyjnymi opracowaniami? Po co ludzkość stworzyła poezję? Po to, by czytać ją według klucza, czy też po to, by odnajdywać w niej własne emocje i doświadczenia? 
Moim zdaniem odpowiedź jest jasna i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego system oświaty nawet tak prostą sprawę potrafi skomplikować do granic absurdu. Zamiast uczyć ludzi obcowania z literaturą, pokazywać, że poezja to nie jakiś dziwaczny twór, ale sposób na wyrażanie swoich emocji,  zamiast podkreślać aktualność tekstów, odrywa je od  rzeczywistości i sprawia, że młodzi ludzie boją się je czytać "po swojemu". Tym sposobem kolejne pokolenia "zaliczają" maturę, ale coraz mniej ludzi czyta i rozumie poezję czy literaturę wymagającą umiejętności deszyfracji metafory.
W mojej pracy zdarzyła mi się pewna "wpadka". Chcąc ciekawie wprowadzić wiersz wojenny Tadeusza Różewicza, poprosiłam swoich uczniów, by napisali, jak wyobrażają sobie siebie za kilka lat. Mieli rozwinąć temat: "Mam 24 lata..." i przedstawić, co robią, do czego doszli, jak wygląda ich świat. Wyjście z własnego doświadczenia, spowodowało, że młodzież przeczytała wiersz "Ocalony" bez kontekstu wojennego. Mnie, staremu belfrowi, nie wpadło do pustego łba, że połączenie Różewicz - Ocalony - II wojna światowa wcale nie jest oczywiste. I można by było pomyśleć, że lekcja się posypała, a ja nie osiągnęłam "zamierzonego celu edukacyjnego". Nic bardziej mylnego. Może trudno w to uwierzyć, ale wyżej wymieniony wiersz, wyjęty z kontekstu, okazał się niezwykle aktualny i poruszył młodych ludzi bardziej niż tradycyjna interpretacja. Mało tego. Zrobiliśmy dwie interpretacje - osadzoną w kontekście historycznym i tę naszą, "wpadkową", podyskutowaliśmy o roli poezji, o kondycji człowieka wtedy i dziś, o naszym świecie, który okazał się wcale tak daleko nie odbiegać od świata wojennego.  Dla mnie jednak najfajniejsze było to, że ta dziwna "wpadka" pedagogiczna spowodowała lawinę - moi uczniowie sięgnęli po inne wiersze Różewicza -  starsze i nowsze, bo nagle ten poeta stał się "ich". Zauważyli, że pisze o sprawach  bliskich, ciekawych. I naprawdę mam w nosie, co na to podstawa programowa i wszechmogący klucz.

 *   *   *   *   *   *   *   *   *   *
Kilka dni temu pożegnaliśmy Tadeusza Różewicza. Minister Zdrojewski powiedział, że jego śmierć to "zamknięcie XX wieku wielkiej, polskiej literatury". Ja chyba powiedziałabym, że to zamknięcie polskiej, wielkiej literatury w ogóle. Bo czy ktoś z nas jest w stanie wymienić dwóch żyjących poetów czy dramaturgów młodego pokolenia (30 - 50l.), których nazwiska funkcjonują w społecznej świadomości? Takich, którzy są zamieszczani w podręcznikach, których teksty publikuje ogólnodostępna prasa, a nie niszowe czasopisma specjalistyczne? Chyba nie.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Mrożek by nie wymyślił

- Ciociu! Ciociu! Ciocia widziała urnę? - zaatakował mnie od progu Janek. 
Urnę? Ale jaką urnę? Wyborczą czy taką na prochy? Już chciałam sprecyzować pytanie, gdy oburzona Becia podsunęła mi pod nos jakiś wydruk.
- Patrz! - zażądała.
Spojrzałam i zobaczyłam...urnę.
- Co to jest? - zapytałam otwierając szeroko oczy.
Becia poczerwieniała z oburzenia, a Jasiek zwinął się na podłodze wyjąc ze śmiechu.
- To...cha cha cha...moje...cha ...cha...cha...zadanie egzaminacyjne...
Zbaranienie malujące się na mojej twarzy, odpowietrzyło moją przyjaciółkę. 
- To ja wrzeszczę na własne dziecko, każę zakuwać  jakieś systemy wyborcze i partyjne,  nadążać za tym cyrkiem a Wiejskiej, przykuwam własnego syna do krzesła i każę czytać gazety, a ci <wykaz epitetów znany autorowi> dają TAKIE zadanie? Co to jest? Paraolimpiada?
- Noooo...CKE ponownie się popisała wyrafinowanym poczuciem humoru - skwitowałam puszczając oko do rozbawionego Jaśka - Pytanie zaiste godne powagi instytucji.
Beci tymczasem nie opuszczał atak furii.
- Co oni sobie myślą? Mają nasze dzieci za debili? Co to niby ma sprawdzać?
- Poczucie humoru zapewne - weszłam jej w słowo - spójrz na to z innej strony: młody na 100% ma jeden punkt.
- Mrożek by tego nie wymyślił - podsumował Jasiek, łypiąc na mnie, czy aby dostrzegłam przejaw elokwencji za poziomie znacznie wyprzedzającym egzaminatorów CKE.
- No nie wydurniajcie się - ofukała nas Becia i powędrowała robić kawę.
Ja z Jaśkiem tymczasem zagłębiliśmy się w odmętach internetu, śledząc kolejne wcielenia radośnie uśmiechniętej urny.

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *

Urna niewątpliwie stała się hitem nie tylko tegorocznych egzaminów, ale moim skromnym zdaniem dotychczasowych dokonań CKE. W ciągu kilku godzin internet zaroił się od sloganów typu "Jestem urna i mam Cię za durnia", memów z urą w roli głównej, ironicznych i (ku refleksji CKE: i_n_t_e_l_i_g_e_n_t_n_y_c_h) komentarzy. Powstał nawet fanpage Wesoła urna z egzaminu gimnazjalnego mogący się poszczycić prawie 50 tysięczną gromadą fanów. Młodzież planuje też "wydanie" koszulek z wizerunkiem rzeczonej. 
W całej sprawie martwi mnie jedno - gdy do szkół trafią wyniki egzaminów, a na biurko Ministra Edukacji raporty i statystyki, nikt już nie będzie pamiętał o nieszczęsnej urnie, za to CKE będzie się mogła pochwalić wyjątkowo dobrymi osiągnięciami edukacyjnymi polskiej młodzieży. I jak tu nie wierzyć w spiskową teorię dziejów?

środa, 23 kwietnia 2014

Sztuka kaligrafii, czyli po co uczyć odręcznego pisania w cyfrowym świecie

W świecie rozwiniętej techniki pisanie odręczne stało się umiejętnością zbędną i przestarzałą. To, co kiedyś było chlubą człowieka, dziś zaczyna zanikać. Współcześnie coraz rzadziej piszemy odręcznie. Długopisy, ołówki, pióra czy kredki zastąpiły klawiatura i ekrany dotykowe. W szkołach pojawiły się laptopy, tablety i tablice interaktywne oraz głosy, że pisanie odręczne nie jest umiejętnością kluczową dla współczesnego człowieka. W związku z tym zaczęto poświęcać mniej uwagi dokładności i poprawności zapisu. Eksperci i badacze uważają, że następuje regres umiejętności pisania, który bezpośrednio przekłada się na poziom kompetencji społeczeństwa. Czy jest możliwe, by od równo postawionych literek zależał nas sukces życiowy? Okazuje się, że tak.
Okazuje się, że ręczne pisanie jest nie tylko umiejętnością, ale również czynnikiem warunkującym nasz rozwój, potencjał do osiągnięcia sukcesu w życiu. Jak wskazują badania, podczas czynności pisania w mózgu zachodzi wiele skomplikowanych procesów. Żeby kreski pozostawiane na papierze zaczęły przypominać znaki alfabetu, człowiek musi odpowiednio napiąć mięśnie dłoni, chwycić w określony sposób narzędzie pisarskie, ale przede wszystkim użyć partii mózgu odpowiedzialnych za percepcję wzrokową, abstrakcyjne myślenie, zdolności motoryczne, koordynację i orientacje przestrzenną. Pisanie aktywuje też tzw. ośrodek Broki, który odpowiada za zdolności językowe takie jak mówienie, formułowanie płynnych wypowiedzi oraz organizację tekstu. Badania niemieckie wykazały, że dzieci, które od najmłodszych lat uczone były pisania maszynowego, mają dużo większe problemy z budową dłuższego tekstu pisanego niż ich rówieśnicy piszący odręcznie, ich wypracowania są na niższym poziomie konstrukcyjnym, a ich napisanie zajmuje uczniom dużo więcej czasu. Uczeni zaobserwowali także związek między wyrażaniem uczuć oraz poprawnym wysławianiem się, a nauka odręcznego pisania.
Udowodniono także, że ćwiczenie kaligrafii wpływa pozytywnie na zapamiętywanie informacji oraz koncentrację. Jak wynika z badań opublikowanych przez francuskie stowarzyszenie miłośników kaligrafii Esperluette kaligrafia ma wpływ na oddychanie i koncentrację, dzięki czemu uspokaja i wpływa na rozwijanie postaw kreatywnych.  Badania wskazują, że szybciej uczymy się z notatek napisanych ręcznie niż z tych przygotowanych na komputerze. Kiedy piszemy ręcznie, każdy znak wymaga określonego ruchu dłoni. Ten konkretny, własciwy dla danego znaku ruch znajduje odzwierciedlenie w aktywności neuronów, na co wskazuja obrazy z rezonansu magnetycznego. W momencie, gdy piszemy na klawiaturze, wykonujemy ten sam ruch dla każdej litery - wciskamy odpowiedni klawisz, a więc nasz mózg nie wykonuje skomplikowanych ćwiczeń przy każdym znaku graficznym.
W raporcie "Odręczne pisanie w społeczeństwie" opublikowano badania wskazujące, że  w szkołach, które wprowadziły programy promujące staranne ręczne pisanie zauważono wiele pozytywnych efektów m.in. znacznie wzrosła koncentracja, szczególnie u najmłodszych dzieci a w czasie zajęć zauważalna stała się dużo spokojniejsza, sprzyjająca nauce atmosfera. Dodatkowo nauczyciele zauważyli znaczna poprawę w umiejętności mówienia i słuchania - u dzieci wzrosła pewność siebie i samoocena, a problemy dzieci wymagających nauczania wspomagającego w wielu przypadkach zanikły.
Europejskie badania nad wpływem kaligrafii na rozwój człowieka są stosunkowo nowe. Jednak mam wrażenie, że wyważamy dawno otwarte drzwi. Wystarczy przyjrzeć się japońskiej sztuce pisania, wczytać się w założenia HITSU ZEN DO (dosł. drogi medytacji pędzla) by zrozumieć, jak ważna umiejętność zanika na naszych oczach. I żaden komputer ani ekran dotykowy nam jej nie zastąpi. 

Polecamy też artykuł: Baba od kóz


fot. http://warsztaty-rekolekcje-tyniec.blogspot.com/2013/06/skryptorium-kaligrafia-warsztaty.html

Baba od kóz


- No po prostu nie ręczę za siebie! Co za durna baba! -  takim tekstem powitała mnie pewnego popołudnia moja siostra, Madzia - o po prostu tylko zabić! Musisz mi pomóc. 
Co prawda miewam zapędy mordercze, ale żeby tak od razu wyruszać na rzeź? Nieee... 
- Nikogo nie będziemy mordować przed obiadem. Siadaj, masz herbatę, mów.
- Musisz jutro pójść ze mną na zebranie do Jagódki.
Zebranie w szkole? No nie wiem, czy zbyt pochopnie nie zrezygnowałam  z morderstwa...
- Kreatywna, musisz! Potrzebuję wsparcia pedagogicznego, żeby tej babie ktoś wytłumaczył, że z takim podejściem to kozy pasać, a nie dzieci uczyć!
To już zabrzmiało ciekawie, tym bardziej, że do kuchni wpadł rozindyczony Szwagier z zapłakaną Jagódką lat 11 ciskając kalumnie na durną "babę od kóz". Spojrzałam na Jagódkę i wnikliwym okiem belfra wychwyciłam pod mokrymi rzęskami jadowito - triumfujące spojrzenie. Uuuu...
- Jagódka, powiedz cioci. No powiedz, co się stało w szkole - namawiała córę Madzia.
- No bo pani podarła moje wypracowanie przy całej klasie. I dostałam pałę - wyznaniu Jagódki towarzyszyła teatralna podkówka i bardzo przekonujące uronienie kilku łez.
- Widzisz! Jak tak można! Jak można tak dziecko potraktować! - wymachiwał nożem Szwagier.
- Jagódka, a co pani powiedziała? Tak po prostu wzięła pracę i podarła? - drążyłam temat, zabrawszy Szwargowi wszelkie ostre narzędzia spod ręki.
- Taaaak...Znaczy nieee...Powiedziała, że bazgrzę jak kura łapą i nie da się tego rozczytać - wydukała Jagódka.
- To oburzające, siostra! Przecież Misia jest dysgrafikiem! Ja tę babę do kuratorium podam!

Zapowiadała się niezła draka. Pouczyłam Jagódkę, że mówi się "jak kura pazurem"  i "przeczytać" a nie "rozczytać" i wysłałam na podwórko, do koleżanek. Zrobiłam moim roztrzęsionym krewnym herbatkę i zażądałam, w ramach planowania mordu, analizy sytuacji. Przede wszystkim - zeszytów Jagódki. I tu zaczęły się schody, bo ani moja siostra ani jej mąż nie mieli bladego pojęcia, gdzież może być zeszyt do polskiego.
- Jagódka jest taka samodzielna... Nie sprawdzamy jej zeszytów. 
- Tak, Jagódka nas nigdy nie oszukuje. Sprawa jest oczywista. Trzeba tę panią zwolnić!
Ja jednak z uporem maniaka twierdziłam, że zeszyt jest kluczowym dowodem w sprawie. 
W końcu rodzice odnaleźli coś, co ni cholery zeszytu nie przypominało - odpadająca okładka, rysunki na marginesach, pozaginane rogi. Madzia przeżyła szok, bo "przecież nie tak ją uczyłam". 

Zaczęliśmy przeglądać notatki. Proszę, pisz staranniej, Jagódko, obniżam ocenę za niestaranne pismo, Twoje pismo jest nieczytelne, nie mogę sprawdzić błędów - od takich uwag roiło się w całym zeszycie. Były tam również nieodrobione ćwiczenia dla dyslektyków, podrobione podpisy Szwagra i prace domowe nabazgrane tak, że chyba nawet sama autorka nie byłaby w stanie ich przeczytać. Madzia patrzyła w zeszyt wielkimi oczami i powtarzała co chwila to niemożliwe... to nie Jagódka...
- A ja i tak uważam, że trzeba tę sprawę przedstawić dyrektorowi. Baba się czepia. Komu dzisiaj potrzebne czytelne pismo? Przecież i tak wszyscy piszą na komputerze! Pozwoliłaby dzieciakom używać laptopów i byłoby z głowy - skwitował Szwagier.
- W sumie Sebuś ma rację - przytaknęła Madzia
Tego było już za wiele! Kto jak kto, ale moja wykształcona siostra-lingwistka i jej skądinąd światły mąż historyk, żeby takie brednie wygadywali?
- Czy was już zupełnie pogięło? - wybuchnęłam - przecież odręczne pisanie to jedna z najważniejszych umiejętności!
I tu zaczął się kilkugodzinny wykład na temat tego, dlaczego w erze komputerów i ekranów dotykowych należy dzieciątko posadzić na czterech literach nad kartką papieru i uczyć kaligrafii [skrót w załączniku].

Kiedy Jagódka wróciła z podwórka, wyjaśnianie sprawy dobiegało końca. I nie pomogły już smutne minki i łzy. Okazało się, że nieszczęsne wypracowanie, które w tak spektakularny sposób wylądowało w koszu, miało być przez Jagódkę przepisane czytelnie, że miała na to trzy dni, że nauczycielka wielokrotnie prosiła o staranniejsze pismo i stosowała różne metody, by małą do tego zachęcić. W potokach łez Misia przyznała się też, że od pół roku nie chodzi na zajęcia dla dyslektyków i nie ćwiczy pisania.
- Ale po co ja mam ładnie pisać, jak i tak wszyscy piszą teraz na komputerach - skwitowała całą sprawę Jagódka.
Spojrzałam na Szwagra, który o mało nie zapadł się pod ziemię.

Na zebranie poszłam z czystej, babskiej ciekawości. "Baba od kóz" zaatakowana przez hordę rozwścieczonych rodziców, zachowała stoicki spokój. 
- Panie X., ile razy mówi pan synowi, że ma sprzątnąć zabawki?
- Nooo...raz. 
- Widzi pan, a ja pana dziecko proszę od początku roku, żeby pisało w sposób czytelny. W zeszycie jest 27 takich uwag. Aha, i jeszcze ok. 10 próśb do pana, by porozmawiał pan z synem. Rozmawiał pan?
- Eeee...no nie.
- - - - -
- Nie wolno pani niszczyć pracy dzieci! Powinna pani oddać wypracowania i poprosić o ładne przepisanie.
- Tak też zrobiłam, ale pani córka nie przepisała pracy. Oddała mi po raz drugi tę samą kartkę.
- Niemożliwe! Pani kłamie!
- W zeszycie przedmiotowym jest zapis na ten temat. Z datą i pani podpisem.
-  -  -  - -
 - Mogła pani postawić jedynkę, a nie drzeć prace.
- I co? Kolejną jedynką by się państwo nie zainteresowali, podobnie jak nie interesują państwa uwagi w zeszytach. 
- ????
- Metoda może kontrowersyjna, ale skuteczna. Proszę, tu są przepisane wypracowania. 
- - - - -

"Baba od kóz" okazała się bardzo mądrym pedagogiem, który rozumie, że świat się zmienia i stare metody, choćby najlepsze, przestają po prostu działać. Jedynka, ustna uwaga, uwaga w zeszycie nie mają  realnego wymiaru - nie są odczuwalnymi konsekwencjami, zwłaszcza wtedy, gdy rodzic na nie nie reaguje. Poza tym zawsze można, jak Jagódka, nagiąć fakty i konsekwencji nie będzie. Dziecko obserwuje świat, słyszy i wie, że miano "dysgrafika" chroni je przed konsekwencjami nieładnego pisania i "usprawiedliwia" bazgranie. 
Metoda "baby od kóz" zadziałała, bo nagle jedynka nabrała realnego wyglądu podartej pracy, bo niecodzienne działanie zaszokowało  biernych rodziców, bo dzieci zobaczyły, że nauczyciel może coś poza gadaniem.
Oczywiście, jak każda metoda, ta też nie jest uniwersalna i od wyczucia i mądrości nauczyciela zależy, czy i kiedy ją zastosuje. "Baba od kóz" wykazała się nie tylko dobrą intuicją, ale też odwagą. Niewielu nauczycieli byłoby stać na takie wsadzenie kija w mrowisko. W każdym razie nauczycielka Jagódki odniosła sukces pedagogiczny na kilku frontach: a) dzieci przepisały czytelnie prace b) rodzice pilnują, by ich skarby pisały czytelnie c) rodzice zorganizowali dla dzieci fajne warsztaty z kaligrafii, a dla innych rodziców- zajęcia uświadamiające plusy nauki ręcznego pisania  d) wszyscy zainteresowani współpracują, by wspólnie "osiągnąć sukces edukacyjny". I o to chyba chodzi. Niezależnie od metody :)


wtorek, 22 kwietnia 2014

Nauka jest najważniejsza!

Przed  świętami umówiłam się z koleżanką na kawę. Radośnie więc zapakowałam dziś kawałek ciasta i ruszyłam na spotkanie. Becia otworzyła mi drzwi z obłędem w oczach i mało przytomnym głosem zaczęła mnie przepraszać i tłumaczyć, że niestety dziś nie możemy poplotkować, bo Jaś jutro zdaje egzamin, a jeszcze nie przeczytał "Syzyfowych prac", nie powtórzył gramatyki, nie rozwiązał 3 testów, które mu skserowała i nie napisał rozprawki... Powinnam więc zrozumieć, że ona jako wzorowa matka musi Jasia przypilnować i razem z nim powtórzyć wszystko do egzaminu. Może jestem mało pojętna, ale zrozumieć ni czorta nie potrafię.
Jak w korporacji
Egzamin jest ważnym wydarzeniem w życiu dziecka i rodzica, ale nie wolno zapominać, że... to tylko egzamin. Owszem zależy od niego, do jakiej szkoły dostanie się nasza pociecha, ale czy warto podporządkowywać wszystko temu jednemu wydarzeniu? I nie chodzi mi tu wbrew pozorom o tę nieszczęsną kawę, ale o Jasia, który w wieku lat nastu pracuje ciężej niż niejeden dorosły. Korepetycje z matematyki, kurs przygotowawczy z historii, dodatkowe lekcje angielskiego, obowiązkowo rozwiązane minimum dwa testy w tygodniu plus oczywiście szkoła, w której oceny mają być na najwyższym poziomie, bo "przecież liczą się do liceum". Praca i sen lub tylko praca, bo doba ma 24 godziny. 
- Ciocia coś powie mamie - szepcze mi do ucha błagalnie Jasio, gdy zanoszę mu ciasto - całe święta siedziałem w domu i trzaskałem te testy.
Obserwacja
Adam mój sasiad, zdolny, wesoły chłopak siedzi samotnie na schodach przy wejściu do bloku. Patrzy na boisko, na którym kumple grają w kosza. Obok leży jakieś repetytorium z polskiego. Podchodzę, trącam go w ramię i pytam: Wszystko ok? Mogę w czymś pomóc? Spoglądają na mnie nieprzytomne oczy i słyszę automatyczną odpowiedź - Nie, jest w porządku. Tylko muszę się uczyć - wskazuje nogą książkę.
Adam to kolejna ofiara przedegzaminacyjnej gorączki rodziców. Zmęczony i zestresowany do granic możliwości chłopak, pośmiewisko rówieśników, którzy nie rozumieją... Wycieczka rowerowa - nie, nie mogę, wypad z kolegami do kina w sobotę - mam korepetycje, przerwa w szkole - powtarzanie materiału, by nie dostać złej oceny, bo "matka się wścieknie". Próbuję z nim rozmawiać, ale słyszę tylko cytaty z dorosłych.
- Jak się nie będę uczył, nie dostanę się do liceum, na studia i do niczego nie dojdę. Muszę zrezygnować z przyjemności, bo mam egzamin. Nie mogę się rozpraszać, nauka jest najważniejsza...

I tu mam ochotę zapytać, kochani rodzice, czy to wasze dziecko nie powinno być najważniejsze? 



*   *  *

ŻEBY NAUKA NIE BYŁA WAŻNIEJSZA NIŻ DZIECKO...

  1. Motywuj dziecko do systematycznej nauki i wypracuj nawyk samodzielnego uczenia się;
  2. Naucz swoje dziecko racjonalnego wykorzystania czasu. Pokaż mu, że nauka i odpoczynek są tak samo ważne;
  3. Pielęgnuj w dziecku ambicję, ale naucz je też, że czasem trzeba sobie odpuścić.
  4. Twoje dziecko nie musi byc najlepsze we wszystkim. Pozwól mu na słabości.
  5. Nigdy nie porównuj swojego dziecka do innych.
  6. Nie ucz dziecka, że porażka na egzaminie zamyka wszystkie możliwości
  7. Nie przenoś swoich ambicji i marzeń na dziecko.
  8. Nie przeciążaj swojego dziecka obowiązkowymi zajęciami. 
  9. Nie uzależniaj swojej akceptacji od wyników swojego dziecka
  10. Doceniaj nawet nieduże sukcesy dziecka i mów mu, że je kochasz.