Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spojrzenie spod tablicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spojrzenie spod tablicy. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 sierpnia 2014

Spisek

Czy 250 tys. ludzi to dużo?  Mniej więcej tylu mieszkańców Warszawy zginęło podczas powstania 1944 r. Orientacyjnie 250 tys. liczy ludność takich miast jak Gdynia czy Częstochowa. 250 tys. osób podpisało także projekt ustawy Fundacji PRO - Prawo do Życia "zakazującej molestowania dzieci poprzez agresywną edukację seksualną już od najwcześniejszych lat szkolnych", który niebawem wejdzie pod obrady Sejmu. 250 tys. osób poparło zapis mówiący o tym, że pokazanie synowi, jak działa prezerwatywa lub przekazanie wiedzy nastoletniej córce o różnych sposobach antykoncepcji jest "przestępstwem", bo przecież "ułatwiamy" podejmowanie zachowań seksualnych ("Kto publicznie propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletnich poniżej lat 15 zachowań seksualnych lub dostarcza im środków ułatwiających podejmowanie takich zachowań, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2"). 
Wchodzę na stronę fundacji. Pierwsza moja myśl: "To jakieś jaja". No bo przecież nikt racjonalnie myślący nie weźmie poważnie tego, że istnieje globalny spisek środowisk LGBT (lesbijek, gejów, biseksualistów, transseksualistów) dążący do deprawacji dzieci. Ba! W intrygę wmieszana jest także Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), której pedofilskie zapisy wnikliwie zebrano w oddzielny plik zatytułowany "wyciąg cytatów". Idąc dalej jesteśmy ostrzegani przed posłanką Anną Grodzką oraz grupą edukatorów seksualnych "Ponton". Dalej zastosowano wzorcowy suspens, rodem z Hitchcocka...Na celowniku seks edukatorów znalazła się Polska. W roku 2013 została opublikowana polska wersja „Standardów edukacji seksualnej w Europie”. Obrzydliwe praktyki niemieckich „edukatorów” mają być  w Polsce wprowadzone jako standard.

Teraz Twoje dzieci mają być pozbawione niewinności i wydane w ręce macherów od seksu.
No po prostu można umrzeć ze śmiechu. Hmmm...Można by. Teoretycznie. Gdyby pod takim myśleniem nie podpisało się 250 tys. ludzi.

Tymczasem "wiedza" o seksie przeciętnego gimnazjalisty zaskoczyłaby niejednego dorosłego. Tak, kochani.  W wieku lat 13. masze maleństwa nie są już takie niewinne, jakby nam się wydawało. Wielu ma za sobą pierwsze eksperymenty i próby erotyczne, niektórzy nawet ten "pierwszy raz" - doświadczenia zdobyte w szkole podstawowej. Jakby ktoś jeszcze nie zauważył - żyjemy w erze mediów - internetu, telewizji, prasy. Skończyły się czasy, gdy wiedzę o życiu intymnym czerpało się od starszych kolegów, z książek, od rodziców. Teraz pierwszymi nauczycielami seksu są najczęściej filmy, erotyczne strony internetowe, fora, instruktażowe filmiki na portalach społecznościowych. I jak wygląda ta "edukacja"? Ano tak, że dzieciaki wiedzą o rzeczach, o jakich nam się nie śniło - znają strony o sadystycznym seksie, erotyczne portale, eksperymentują z masturbacją, pettingiem i "dorosłym" seksem. Eksperymentują na wszystkich frontach - seksu hetero i homoseksualnego, pojedynczego i grupowego (gra w "słoneczko"). Przy tym wszystkim nie mają podstawowej wiedzy, bo to, co mówi się na biologii - jednym uchem wpada, a drugim wypada, a i atmosfera zwykłej lekcji nie sprzyja rozmowom i otwartości. I tym sposobem mamy tykającą bombę hormonalną.
Myślicie, że przesadzam? 
Przykład 1: 
Zacznijmy od czegoś, co można uznać za zabawne, jeśli pracuje się z młodzieżą i ma trochę poczucia humoru. Klasa szósta. Zastępstwo. Prowadzę lekcję historii. Dzieciaki dostają jakieś samodzielne ćwiczenie, więc mam chwilę na wpisanie do dziennika terminu sprawdzianu. Mylę się, więc rzucam do klasy niewinne pytanie: Czy ma ktoś gumkę? Z pierwszej ławki wstaje pyzaty okularnik i kładzie mi na biurku prezerwatywę truskawkową. Tylko taką, psze pani. Ale chłopaki mają jeszcze bananowe...
Przykład 2: 
Obóz integracyjny na początku 1. klasy gimnazjum. Wrzesień. Jedziemy z dzieciakami w góry. Już na peronie rzuca nam się w oczy "parka", która dość demonstracyjnie "liże się" otoczona wianuszkiem obserwatorów. Zwracamy uwagę - chłopczyk o anielskiej buzi bobasa jest zdziwiony, a zbuntowana pannica z makijażem a'la lolitka tylko wzrusza ramionami. Zdecydowanie nie pozwalamy parze jechać w jednym przedziale. Rozdzielamy ich także w miejscu noclegowym, na wszelki wypadek przydzielając pokoje znacznie od siebie oddalone. Pilnujemy. Ha! Próbowaliście kiedyś upilnować parę nastolatków? Radzę spróbować... Pierwsza wpadka - przyłapujemy młodych na dyskotece obozowej. Siedzą w jakimś kącie i trenują petting. Ona trzyma łapę w jego majtkach, on w jej. Rozmawiamy. Dzwonimy do rodziców i przedstawiamy sytuację.  Reakcja? Co pani insynuuje? Moja córka nie jest jakąś kurwą! Ona ma dopiero 12 lat! Po drugiej stronie podobnie. Dowiadujemy się, że Kubuś to jeszcze dziecko, niemal dopiero co wyjęte z pieluch. Cóż...pozostaje nam wzmóc czujność. Wpadka druga: podczas nocnego dyżuru, kolega znajduje rzeczoną parę w łóżku. Oboje są nadzy, chłopak, oczywiście w pełnym wzwodzie, leży na dziewczynie. Reszta dzieciaków w pokoju udaje, że śpi, ale doskonale wiemy, że obserwują. Rozmowa nr 2. Dowiadujemy się z koleżanką, że podczas pierwszego razu nie można zajść w ciążę... Tym razem dzwonimy do rodziców z żądaniem natychmiastowego odbioru pociech z obozu. Nie przyjeżdżają. Mamy parkę na głowie jeszcze kilka czujnych dni i bezsennych nocy.
Przykład 3: 
Podczas dyżuru koleżanka przerywa pewnej parze stosunek w toalecie. Ona 14, on 15 lat. Bez zabezpieczenia. Zaczynamy od rozmowy i dowiadujemy się, że owszem, wiedzą o istnieniu antykoncepcji, ale taki hardcore jest podniecający. Wzywamy rodziców, sugerujemy, by porozmawiali ze swoimi dziećmi o odpowiedzialności za drugą osobę, o szacunku, o konsekwencjach. A co ja tam mu będę gadał? Sam się dowie - słyszymy.
Przykład 4:
Gdybym nie pracowała z młodzieżą, chyba bym nie uwierzyła, że istnieje "gra w słoneczko". Sądziłabym, że to tylko bujna wyobraźnia nastolatków. Niestety, przekonałam się, że to nie mit, gdyby jedna z moich koleżanek, matka dorastającego syna lat 14, nie wróciła wcześniej z pracy i nie zastała swojej pociechy "bawiącej" się w najlepsze z kilkoma osobami ze swojej klasy. Młodzi ludzie byli tak zaabsorbowani "grą", że nie usłyszeli otwierania drzwi i tłukącej się w wejściu matki. Na czym polega gra? Kilka dziewcząt kładzie się nago, z rozłożonymi nogami na podłodze. Wokół nich stają rozebrani chłopcy. Każdy uprawia seks z dziewczyną, która leży naprzeciwko niego. Po pół minuty następuje zmiana. Chłopcy po kolei współżyją z kolejnymi dziewczynami. Przegrywa ten, który pierwszy osiągnie wytrysk... Dowiedziałam się o tej zabawie, bo koleżanka poprosiła o "fachową" pomoc w rozmowie z synem. Obie przeraziłyśmy się tym, jak bardzo przedmiotowo traktuje seks chłopak wychowany w wierzącej, szanującej się rodzinie.

Nie wiem jak wy, ale ja chętnie dołączę się spisku WHO. Z premedytacją też pozbawię niewinności swoje dzieci, nawet za cenę 2 lat więzienia, bo zależy mi na ich bezpieczeństwie i szczęściu. Chcę zobaczyć ludzi, który świadomie i rozsądnie podejmują współżycie, nie boją się bliskości, szanują siebie i swoich partnerów, a akt seksualny  nie jest dla nich traumą.

wtorek, 29 lipca 2014

Prawo sumienia


Rzeczywistość co chwila mnie czymś zaskakuje. Gdy już mi się wydaje, że głupota wokół mnie sięgnęła zenitu i po prostu dalej się nie da, wujek Albert rozdziawia szeroko paszczę w uśmiechu i ryczy z nieba: "A nie mówiłem?"


Kiedy kilka dni temu przeczytałam o "Deklaracji wiary i sumienia nauczycieli polskich" autorstwa blogera Janusza Górzyńskiego, uznałam to za żart. No bo kto normalny w demokratycznym państwie, w XXI w. wpadłby na pomysł, by nakłaniać pedagogów do podpisywania dokumentów rodem ze Świętej Inkwizycji, zagrażających fundamentalnym prawom człowieka o konstytucji RP nie wspominając (Każdy człowiek ma prawo wolności myśli, sumienia i wyznania oraz Krzewi ono [nauczanie] zrozumienie, tolerancję i przyjaźń między wszystkimi narodami, grupami rasowymi lub religijnymi)? A jednak wpadł. Ba! Znalazł nawet rzesze zwolenników. Także w środowisku nauczycieli. Żarty się skończyły.

W sumie żarty się skończyły bardzo dawno, gdy do szkół wprowadzono lekcje religii, a w salach powieszono krzyże. Prywatnie, jako osoba wierząca, nie mam nic przeciwko temu, jednak jako nauczyciel uważam, że szkoła powinna pozostać świecka. Religia czy wiara to prywatna sprawa każdego człowieka i nikt nikomu nie zabrania praktykowania swoich przekonań - noszenia medalika, uczestnictwa w nabożeństwach, modlitwy, spotkań wyznaniowych. Nie trzeba tego jednak przenosić w miejsca, w których stykają się ludzie o różnych przekonaniach,  innego wyznania, którzy także m_a_j_ą  p_r_a_w_o do wolności wyznania. 
A to prawo notorycznie jest łamane np. podczas rekolekcji czy spotkań świątecznych. Bo jak inaczej nazwać przymus uczestnictwa w rekolekcjach, czy też spotkaniach wigilijnych, które rozpoczynane są modlitwą? Kiedyś moja koleżanka, ateistka, zaprotestowała i oświadczyła, że nie pójdzie z młodzieżą na rekolekcje. Usłyszała od dyrektora, że to jej psi obowiązek, bo jest przede wszystkim wychowawcą, a swoje przekonania religijne ma zostawić poza bramą szkoły. Szkoda, że wszyscy inni również ich nie zostawili. Byłoby prościej.
A uczestniczenie we mszy na początku roku szkolnego traktowane jako obowiązek zawodowy? I nie mówię tu wcale o szkołach prywatnych, wyznaniowych. Na jakimś szkoleniu nauczycielskim jedna z uczestniczek, protestantka, mówiła o tym, że dyrektor obciął jej dodatek motywacyjny właśnie za to, że odmówiła udziału we mszach św. Argumentacja była podobna - jest pani opiekunem i wychowawcą i nie wolno pani zostawić dzieci bez opieki podczas nabożeństwa. Mało tego - nauczycielka miała stać w kościele obok swojej klasy i "dawać przykład". Czego? Chyba tylko obłudy.
Szkoła to nie miejsce na demonstrowanie swoich poglądów. To przestrzeń na pokazywanie dróg, poszukiwanie rozwiązań i refleksję nad ich wartością. To przestrzeń na dyskusję o wyborach człowieka (jakże różnych) i zadawanie pytań, na które nie zawsze znajduje się jednoznaczne odpowiedzi, zwłaszcza w dzisiejszym zróżnicowanym świecie. Powinno się rozmawiać z uczniami o różnych rzeczach, pokazywać im całe spectrum rozwiązań i uczyć mądrych wyborów. Takich, które oparte są na analizie możliwości i wartości, biorą pod uwagę wszystkie "za" i "przeciw", a nie są wymuszone przez odgórne wyznaczniki religijne.
Kiedy omawiam z uczniami Biblię (na polskim, dla jasności), zawsze stykam się z tym samym -lawiną pytań o charakterze prowokacyjnym. "Proszę pani, a jak to możliwe, by dziewica urodziła dziecko?", "A jak się ma stworzenie świata do teorii Darwina?", "A to zmartwychwstanie? To jakaś ściema!". Dla mnie to jednoznaczny sygnał - uczniowie pragną dyskusji na tematy, które ich interesują, które są im podawane w formie dogmatów, nie wyjaśniane. Zgodnie jednak ze swoimi przekonaniami (i nie podpisywałam żadnej klauzuli sumienia) mówię dzieciakom, że na języku polskim traktujemy Biblię jak książkę i nie roztrząsamy, czy to, co jest w niej napisane jest prawdą czy mitem. Dzięki takiej postawie - mam na zajęciach fajne dyskusje, bez skakania sobie do oczu osób wierzących i ateistów. Analizujemy postawy bohaterów, bez nabożnego szacunku, oceniamy ich czyny przez pryzmat ludzkich wartości, a nie dogmatów i autorytetów. Można? Można.
Mam nadzieję, że  "Deklaracja wiary i sumienia nauczycieli polskich" zostanie na etapie projektu i nikomu nie przyjdzie do głowy, by wcielać to w życie. Tak, jak w przypadku lekarzy, tak i tu nie przyniesie ona niczego dobrego, prócz absurdalnego podziału w społeczeństwie. Absurdalnego, bo przecież wszyscy, niezależnie od naszych decyzji życiowych czy poglądów wyznajemy podobne wartości i pracujemy dla drugiego człowieka, mając na uwadze jego dobro. 


      "Zostawmy ziemi ciężar stóp 
      A niebu jego niebieskość"
      Jonasz Kofta








poniedziałek, 28 lipca 2014

Kosmiczny pomysł na matematykę

Czy nie macie czasem wrażenia, że istoty zasiadające we wszelakich instytucjach oświatowych pochodzą z innej, odległej planety? Ba! Galaktyki!?  Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że zachowują się tak, jakby dopiero co zostały zrzucone na Ziemię i za wszelką cenę starały się a) wprowadzić własne kosmiczne porządki b) wyważać dawno otwarte drzwi c) pokombinować coś z czasem i dostosować zmieniający się świat do swoich wyobrażeń sprzed tysiąca lat świetlnych. 
- Masz, czytaj - psiapsióła podsunęła mi pod nos artykuł o wynikach matury z matematyki - to skandal.
- Matura?
- Nie, pomysły naszych władz oświatowych.
Przeczytałam i dowiedziałam się, że za niskie wyniki naszych wybitnych maturzystów odpowiedzialni są...nauczyciele. Ano. To my źle uczymy, nie mamy odpowiednich kompetencji i zniechęcamy biedne dzieciątka do nauki. Dlatego też trzeba zwalić na łeb nauczycielom kolejne absurdalne szkolenia, za które jakaś szycha zgarnie grubą kasę. To tak w skrócie.
Spojrzałam na Ewkę. Hmmm...już na pierwszy rzut oka widać było, że jest winna. Niska, niepozorna blondyneczka. Co ona może wiedzieć o matematyce? A te jej studia? Książka o metodyce nauczania przedmiotów ścisłych, która, wydana w Holandii, robi tam furorę, jako jeden z najciekawszych pomysłów pedagogicznych? Na świadków oskarżenia można jeszcze powołać tych wszystkich olimpijczyków i laureatów konkursów, których ma na koncie. No ale co to kogo obchodzi. Raport MEN-u prawdę Ci powie. Ewka jest niedokształconą paniusią od matematyki i tyle.
Ile jest takich Ewek? Nie mam pojęcia. Osobiście znam ich naprawdę wiele. Świetnie przygotowani, twórczy pedagodzy, pełni pasji i zaangażowania, poszukujący nowych metod w zmieniającej się rzeczywistości. Są też matematycy - rzemieślnicy, których również bardzo cenię. Nie mają tego błysku w oku, inwencji pedagogicznej, ale doskonale uczą i tłumaczą wszelkie matematyczne zagadnienia. A że pracują metodami tradycyjnymi? To nie grzech. Oczywiście, jak w każdym zawodzie i tu zdarzają się  pomyłki - ludzie przypadkowi, nienadający się do danej profesji, ale nie sądzę, by było ich aż tylu, by w znaczący sposób wpływać na ogólnopolskie wyniki matur. W każdym razie wszyscy oni, niezależnie od swoich zdolności i "kompetencji", trafiają do klasy, gdzie przychodzi im się zmierzyć z trzydziestką dzieciaków o różnych możliwościach, dysfunkcjach  i rozmaitym "zapleczu" domowym. Tę bandę łączy jedno - coraz bardziej powszechna dziś niechęć do wysiłku. A matematyka to niestety wymagająca dziedzina. Tu nie wystarczy coś tam przeczytać, poobserwować, zrobić jedno zadanko na kolanie. Nie. Tu trzeba wkuć na blachę tabliczkę mnożenia. Znać wzory. Pamiętać zależności. A na koniec  usiąść na tyłku i rozwiązać mozolnie setki zadań. Komu by się chciało?
Nawet najlepszy nauczyciel, dysponujący najnowocześniejszymi pomocami dydaktycznymi nie nauczy matematyki w klasie trzydziestoosobowej  przez 45 minut. Tu potrzeba współpracy z domem, motywowania przez rodziców, pilnowania, by dziecko zrobiło pracę domową, by nauczyło się porządnie tabliczki mnożenia. I to od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Potem na wyrabianie nawyków jest już za późno.
Do starszych klas szkoły podstawowej idą dzieci, które nie potrafią podstawowych rzeczy - czasem nawet dodawać i odejmować, o mnożeniu nie wspomnę. Trafiają do klasy IV, bo przecież nie można zostawić dziecka na drugi rok w nauczaniu początkowym bez zgody rodziców. A rodzice są różni. Ci rozsądni się zgodzą na drugoroczność  lub zaangażują w pomoc potomkowi. A reszta idzie dalej. Tu pojawia się problem zniechęcenia - kończą się oceny opisowe i dzieciaki zaczynają dostawać stopnie. Materiał jest coraz trudniejszy, braki coraz większe i coraz trudniej jest cokolwiek zrozumieć, gdy się nie ma wiedzy bazowej. Przestaje się odrabiać prace domowe, bo po prostu się nie chce lub nie potrafi się ich samodzielnie zrobić. Uczniowie łapią jakieś pojedyncze dobre oceny, zaliczają wyrwane z matematycznego kontekstu fragmenty materiału, przepisują zadania z internetu, aby zdać. I taka zabawa trwa przez całą szkołę podstawową i gimnazjum. A co z egzaminami? Nic. Egzaminów na poziomie klasy szóstej i gimnazjum nie da się przecież nie zdać. Wystarczy przyjść, podpisać arkusz i można w ogóle nie rozwiązywać zawartych w nim zadań. Można mieć 0 punktów z części matematycznej i kontynuować naukę na wyższym poziomie. Dopiero matury można nie zdać. I nagle się okazuje, że co czwarty maturzysta nie zalicza matematyki... MEN się budzi! I zamiast przyjrzeć się systemowi, który zdejmuje z dzieci odpowiedzialność za własną naukę i postępy, zwala wszystko na karb złego przygotowania merytorycznego nauczycieli.

Pamiętam, że matematyka była także moją zmorą. Nienawidziłam tego przedmiotu, bo musiałam mu poświęcać mnóstwo czasu. Miałam za nauczycieli takie Ewki, matematycznych wariatów, którzy potrafili wytłumaczyć najtrudniejsze zagadnienia, jednak gro pracy wykonywałam sama (lub z rodzicami) w domu. Zamiast grać na komputerze, bawić się z koleżankami, czytać książki - dziergałam słupki i zadania. By wyćwiczyć, by utrwalić. Z perspektywy dziecka, to był koszmar i pewnie gdyby rodzice odpuścili i mnie nie pilnowali - skończyłabym z niezdaną maturą. Jednak trud się opłacił, bo w pewnym momencie pokochałam ten przedmiot. Okazało się, że rozwiązywanie zadań może sprawiać frajdę, że można samemu dojść do rozwiązania problemu, że to wszystko jest łatwe i logiczne. Pod koniec szkoły podstawowej brałam nawet udział w olimpiadzie matematycznej... . Czy stresowałam się egzaminami do szkoły średniej? Tak, ale bardziej tymi z języka polskiego :). Ja, humanistka...

PS. Po zastanowieniu: pomysł MEN-u, by dokształcić nauczycieli matematyki może nie jest taki zły, o ile kolejna reforma oświaty nałoży na pedagogów obowiązek rozwiązywania arkuszy maturalnych za swoich uczniów. Same korzyści. Warto rozważyć. 

piątek, 2 maja 2014

Różewicz pod kluczem

Tuż przed majówką zadzwonił telefon. Szlag. Coś mnie podkusiło, żeby odebrać. Po drugiej stronie Szefowa. Niby prywatnie..."a co słychać...a jakie plany na majówkę...no wiesz, bo jest sprawa". Sprawa zabrzmiała złowrogo i okazała się być osiemnastolatkiem tuż przed maturą. Zgodnie z powszechnym zwyczajem majówkowym moja asertywność wzięła sobie wolne, więc 1. maja zamiast leżeć odłogiem, zaprosiłam "sprawę" na konsultacje.
Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach pojawił się rozgarnięty młodzieniec z bukietem bzu i od progu zaczął litanię dziękczynno - przepraszającą. Zaproponowałam tiramisu. Okazało się, że Sprawa jest ginącym gatunkiem maturzystów, którzy mają przeczytane wszystkie lektury, znają trochę historii i mają sprecyzowane zainteresowania. Po co więc ta cała akcja powtórki przed maturą z polskiego?
- No bo wie pani... Ja nie umiem pisać wypracowań maturalnych - zwierzył się Sprawa.
Masz ci los! - pomyślałam - niewątpliwie klasnę, machnę czarodziejską różdżka i gościa oświeci. Dlaczego wszyscy sobie wyobrażają, że można kogoś nauczyć pisania sensownych prac w pół godziny?
Już miałam się oburzyć i podziękować Sprawie za współpracę, gdy ten podsunął mi pod nos swoje wypracowanie nieśmiało informując, że przyniósł coś na próbę. Zaczęłam czytać i z każdym akapitem moja żuchwa coraz mocniej odczuwała działanie grawitacji. Miałam przed sobą całkiem zgrabny esej teoretyczno -  literacki.
Gdy już minął pierwszy szok, popatrzyłam na maturzystę i stwierdziłam:
- Nie rozumiem, w czym mogę pomóc...
- Nie umiem pisać wypracowań - powiedział Sprawa - Bo wie pani, w gimnazjum to wszystko było jasne: rozprawka, charakterystyka, esej. A tu - każą pisać jakieś wypracowania i co nie napiszę, to jest źle. Interpretować też nie potrafię - dodał.
- No nie gadaj - roześmiałam się wymachując wypracowaniem  - to kawał ciekawej interpretacji!
- Możliwe, ale oceniony na 7. punktów - Sprawa pokazał mi kartę oceny pracy - nie umiem trafić w klucz.
I wszystko jasne. Resztę słonecznego, majowego dnia poświęciłam na idiotyczną czynność wciskania w schemat jednostki o niewątpliwym talencie humanistycznym. 

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *
Klucz -  bóstwo, przed którym płaszczą się pedagodzy i drżą  abiturienci. Wszystko ma być pod linijkę, jednakowe. Wszyscy maja odpowiadać tak samo, niezależnie czy są uzdolnieni matematycznie, czy artystycznie i trafiać w tok myślenia twórców zadań. Pozostaje tylko pytanie, po co? Czy rzeczywiście dowodem dojrzałości jest schematyczne myślenie i trafianie w czyjeś wyobrażenia? Czy też raczej umiejętność czytania literatury i logiczna analiza, nie zawsze kompatybilna z tradycyjnymi opracowaniami? Po co ludzkość stworzyła poezję? Po to, by czytać ją według klucza, czy też po to, by odnajdywać w niej własne emocje i doświadczenia? 
Moim zdaniem odpowiedź jest jasna i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego system oświaty nawet tak prostą sprawę potrafi skomplikować do granic absurdu. Zamiast uczyć ludzi obcowania z literaturą, pokazywać, że poezja to nie jakiś dziwaczny twór, ale sposób na wyrażanie swoich emocji,  zamiast podkreślać aktualność tekstów, odrywa je od  rzeczywistości i sprawia, że młodzi ludzie boją się je czytać "po swojemu". Tym sposobem kolejne pokolenia "zaliczają" maturę, ale coraz mniej ludzi czyta i rozumie poezję czy literaturę wymagającą umiejętności deszyfracji metafory.
W mojej pracy zdarzyła mi się pewna "wpadka". Chcąc ciekawie wprowadzić wiersz wojenny Tadeusza Różewicza, poprosiłam swoich uczniów, by napisali, jak wyobrażają sobie siebie za kilka lat. Mieli rozwinąć temat: "Mam 24 lata..." i przedstawić, co robią, do czego doszli, jak wygląda ich świat. Wyjście z własnego doświadczenia, spowodowało, że młodzież przeczytała wiersz "Ocalony" bez kontekstu wojennego. Mnie, staremu belfrowi, nie wpadło do pustego łba, że połączenie Różewicz - Ocalony - II wojna światowa wcale nie jest oczywiste. I można by było pomyśleć, że lekcja się posypała, a ja nie osiągnęłam "zamierzonego celu edukacyjnego". Nic bardziej mylnego. Może trudno w to uwierzyć, ale wyżej wymieniony wiersz, wyjęty z kontekstu, okazał się niezwykle aktualny i poruszył młodych ludzi bardziej niż tradycyjna interpretacja. Mało tego. Zrobiliśmy dwie interpretacje - osadzoną w kontekście historycznym i tę naszą, "wpadkową", podyskutowaliśmy o roli poezji, o kondycji człowieka wtedy i dziś, o naszym świecie, który okazał się wcale tak daleko nie odbiegać od świata wojennego.  Dla mnie jednak najfajniejsze było to, że ta dziwna "wpadka" pedagogiczna spowodowała lawinę - moi uczniowie sięgnęli po inne wiersze Różewicza -  starsze i nowsze, bo nagle ten poeta stał się "ich". Zauważyli, że pisze o sprawach  bliskich, ciekawych. I naprawdę mam w nosie, co na to podstawa programowa i wszechmogący klucz.

 *   *   *   *   *   *   *   *   *   *
Kilka dni temu pożegnaliśmy Tadeusza Różewicza. Minister Zdrojewski powiedział, że jego śmierć to "zamknięcie XX wieku wielkiej, polskiej literatury". Ja chyba powiedziałabym, że to zamknięcie polskiej, wielkiej literatury w ogóle. Bo czy ktoś z nas jest w stanie wymienić dwóch żyjących poetów czy dramaturgów młodego pokolenia (30 - 50l.), których nazwiska funkcjonują w społecznej świadomości? Takich, którzy są zamieszczani w podręcznikach, których teksty publikuje ogólnodostępna prasa, a nie niszowe czasopisma specjalistyczne? Chyba nie.