Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okiem eksperta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okiem eksperta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2015

Holoubek i Koperek

HOLOUBEK I KOPEREK
czyli brać czy nie brać

Światło gaśnie. Zapada cisza. Tak właśnie zaczyna się najtrudniejszy sprawdzian dla dorosłych  – dziecięcy konkurs teatralny. Tu, w świetle reflektorów widać wszystko. Czy pedagog potrafił zbudować spójną i pewną siebie grupę? Czy stworzył miejsce dla jej kreatywności i potencjału, czy też zamknął ją w sztywne ramy swojej prywatnej wizji? Każdy ruch, każde słowo małego aktora stanowią o jakości pracy pedagogicznej. I znaczą więcej niż wszystkie dyplomy i kursy świata.
Konkursy są także wyzwaniem dla tych, którzy podjęli się je oceniać i kategoryzować na lepsze i gorsze. To, czy jury zda egzamin, wcale nie zależy od wiedzy i doświadczenia teatralnego. Tu nie liczy się teoria reżyserii ani praktyka dykcji. Na pierwszy plan wysuwa się pedagogika.
Jakiś czas temu miałam okazje przyglądać się pewnemu konkursowi teatralnemu dla dzieci. Wiosenne święto radości! Kolorowe kostiumy, dekoracje, prawdziwa scena i ...prawdziwe emocje młodych adeptów Melpomeny. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie dorośli, którzy jak wiadomo widzą kapelusz, a nie węża boa i słonia. 
Rzeczony konkurs w środowisku nosi przydomek „prestiżowy" i uważa się za sukces zdobycie w nim chociażby wyróżnienia. Organizatorzy zatroszczyli się o długą listę patronów (na plakatach pojawiły się nazwy profesjonalnych teatrów) oraz o specjalistów w składzie jury. Spektakle mieli zatem oceniać znany reżyser, aktorka serialowa, pani doktor z uczelni teatralnej zajmująca się dykcją oraz kompozytor. Zacne grono - pomyślałam widząc w mailu wytłuszczone nazwiska. 
Jednak już po pierwszym pokazie przekonałam się, że mam do czynienia z „zacnym gronem" ignorantów pedagogicznych. Po występie rozentuzjazmowane dzieciaki wpadły do sali, w której jury omawiało spektakle. Panie nauczycielki napomniały podopiecznych, żeby pilnie słuchali „mądrych ludzi, bo oni znają się na teatrze". Marchewki, szczypiorki i kukurydza zasiadły na dużo za dużych krzesłach i z rozdziawionymi buziami śledziły każdy ruch serialowej Anki. I wtedy „zacne grono" przemówiło, obrzucając krytyką wszystko, co się da. Pani doktor objechała brukselkę, że nie wymawia poprawnie "r", pan kompozytor przyczepił się, że chór groszków nie śpiewał czysto, aktorka powiedziała selerowi, że jego gra była nudna (bez eufemizmów), a znany reżyser wytknął instruktorkom, że nie zachowały dyscypliny na scenie. Siedziałam z boku  i obserwowałam, jak z każdym słowem uśmiechy na twarzach dzieci zmieniają się w coraz większe podkówki. Gdy w końcu cebulka zaczęła chlipać, jury uznało „omówienie" za zakończone i opuściło salę, zostawiając panie nauczycielki z dwudziestką bliskich płaczu maluchów.
W tym momencie stało się dla mnie jasne, dlaczego tak często podczas konkursów teatralnych organizatorzy unikają  spotkań z zespołami i omówień spektakli. Dzieciaki dostają tylko informację „wygraliśmy – przegraliśmy”. Cały ciężar wyjaśnień oddaje się pedagogowi prowadzącemu grupę, niech się martwi. Tylko, że często on sam nie rozumie werdyktu i nie wie, co powinien przekazać swoim podopiecznym. A przecież to właśnie informacja zwrotna ma w tym wszystkim największe znaczenie. Wskazanie mocnych i słabych stron, określenie kierunku, w którym zespół powinien podążać. To jest rola jury.
Ku mojemu przerażeniu  kolejne spotkania oceniające wyglądały podobnie. Przy trzecim omówieniu nie wytrzymałam i zapytałam, czy ktokolwiek z szacownego jury pracował z dziećmi i ma chociaż blade pojęcie o pedagogice teatru. Obrzucono mnie pogardliwym spojrzeniem i poinformowano, że to nieistotne, bo teatr to teatr.
Otóż nie, Szacowni Jurorzy Konkursów Teatralnych dla Dzieci. Między teatrem profesjonalnym a dziecięcym/ młodzieżowym jest przepaść. Techniki tworzenia spektakli w teatrze zawodowym całkowicie nie sprawdzają się w amatorskim. Inna jest specyfika pracy z aktorem, bo inne są możliwości występujących. Jednak najważniejszą różnicą jest cel. Teatr profesjonalny stworzono, by zachwycić widza, stworzyć dzieło sztuki, podczas gdy teatr szkolny ma przede wszystkim rozwijać małego człowieka. Przedstawienie jest tylko produktem ubocznym, nie celem samym w sobie. Trzeba być ignorantem do kwadratu, by wg tych samych kryteriów oceniać Holoubka i Krzysia-Koperka. Krzyś-Koperek nie musi być mistrzem dykcji ani perfekcyjnie panować nad ruchem. Ma rozumieć sens pracy zespołowej, nauczyć się radzić sobie ze stresem i tremą, a przede wszystkim świetnie się bawić i pokochać teatr. 
Ku mojej radości coraz więcej jest  pedagogów, którzy potrafią z mistrzowską precyzją wykorzystywać metody teatralne. Rzadko spotyka się już  „teatry tresowanych małpek", w których dziecko jest tylko narzędziem do przekazu wizji „pani reżyser". Akademie i klepanie wierszyków wróciły na swoje miejsce, czyli do sal gimnastycznych, i nie nazywa się ich „teatrem".  Żaden rozsądny instruktor nie próbuje  przenosić teatru profesjonalnego na grunt szkoły, bo to pierwszy krok w stronę porażki pedagogicznej i artystycznej. 
Po udziale w „prestiżowym" konkursie został niesmak i pytanie, które wielokrotnie słyszałam od pedagogów prowadzących teatry szkolne: brać czy nie brać udziału w konkursach? Kiedy patrzę na przygotowane przez dzieciaki przedstawienia, nie mam wątpliwości - brać. Możliwość wystąpienia na prawdziwej scenie, oglądanie spektakli innych grup, radość wygranej i łzy porażki - są bezcenne. Warto uczyć maluchy, że w teatrze jak w życiu, raz się wygrywa a raz przegrywa, że nasza praca nie musi się podobać wszystkim, że inni robią ciekawe rzeczy. Nawet krytyczną ocenę jury można przekuć w ciekawą lekcję wychowawczą i nauczyć, jak ważne jest przemyślane ocenianie innych.
Spotkania z jury są dla dzieci ważnym przeżyciem i uważam, że nie warto z nich rezygnować. Powinniśmy jednak wymagać od organizatorów konkursów, by do współpracy zapraszali osoby, które oprócz nazwiska mają doświadczenie i ogromne wyczucie pedagogiczne. To nie rywalizacja konkursowa stanowi problem, tylko to, w jaki sposób my, dorośli, ją zorganizujemy.
Konkursy teatralne to szansa na zobaczenie masy fantastycznych spektakli, które bez tego prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego i pozostały zamknięte w murach szkoły. I niezależnie od tego, co twierdzą „specjaliści", naprawdę są to bardzo ciekawe i artystycznie wartościowe przedstawienia, których nie powstydziłby się teatr profesjonalny.

Do końca życia nie zapomnę „Śpiącej królewny" zagranej przez przedszkolaki (czterolatki). Instruktorka wykorzystała do stworzenia dekoracji kolorowe kubiki, a za rekwizyty posłużyły akcesoria kuchenne.  Cała sala dorosłych widzów siedziała z rozdziawionymi ustami, nie mogąc się nadziwić perfekcji przedstawienia. A dzieciaki przez godzinę bawiły się w najlepsze. Widząc to, nie miałam wątpliwości, że ten pedagog zdał swój egzamin z wyróżnieniem.

sobota, 26 lipca 2014

Nie mój cyrk, nie moje małpy.

- Co ty mi tu gadasz? - ryknęła na mnie moja Młodsza Siostra, która jeszcze przed chwilą przyszła do mnie bliska płaczu, błagając o radę w sprawie Młodego - Nie będziesz mi się tu wtrącać. Co ty możesz wiedzieć? To jest m_o_j_e  d_z_i_e_c_k_o!
No i proszę. Argument wszech czasów.

"Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania" (art. 48 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej  )

Moim zdaniem prawo rodziców do wychowania dziecka to jedna z najtrudniejszych kwestii we współczesnym świecie, tak dla rodziców, jak i dla wszystkich, którzy z rodzicami i ich pociechami mają do czynienia - nauczycieli, sąsiadów, sióstr, babć, pielęgniarek itd...itd...Współczesne społeczeństwo dało rodzicom niepodważalne prawo do wychowania swoich dzieci według własnego widzimisię. Mogą decydować o wszystkim, a wszelkie ingerencje osób zewnętrznych w ich pomysły na wychowanie, przyjmowane są wrogo. Ileż to razy słyszałam w swojej pracy: "To moje dziecko i pani nic do tego"? Ileż razy "walczyliśmy" z rodzicami, którzy zapatrzeni w swoje pociechy nie widzieli problemu narkotyków, wagarów, prostytucji... Wystarczy włączyć telewizję, by zobaczyć przykłady przekraczania prawa rodziców do dzieci. I wtedy pojawia się pytanie, gdzie byli inni ludzie? Sąsiedzi, pedagodzy, służby społeczne? Dlaczego nie reagowali? A no może dlatego, że gdy próbowali, te same media zarzuciły im "ingerencję w prawa rodziców"? Może dlatego, że agresywna matka nawrzeszczała w szkole na nauczycielkę, zagroziła kuratorem, a na koniec dodała "uświęcony" tekst: "to jest moje dziecko".  I koniec dyskusji. 
A dyskusja tutaj właśnie powinna się zacząć. Na poziomie mniej drastycznych sytuacji, na poziomie codziennych spotkań z rodzicami, takich jak moje i Siostry. Z jednej strony stoi mama - osoba najbliższa dziecku, kochająca je ponad życie i pragnąca wyłącznie jego dobra. Ktoś, kto intuicyjnie wie, co jest dla pociechy najlepsze. Jednocześnie jest to jednak osoba patrząca na swoją latorośl bardzo subiektywnie, często niezauważająca niektórych "oblicz" swojego dziecka, nie potrafiąca z racji bycia matką złapać dystansu. Z drugiej stoi ciotka (babcia, sąsiadka, pani w przedszkolu, inna mama itd...) - osoba patrząca na sytuację z dystansu, widząca błędy, oceniająca sprawy na chłodno, bez silnych emocji. Często jest to ktoś bardzo życzliwy matce i dziecku, bliski i pragnący ich dobra. 
I kto tu ma rację? Oczywiście nikt. Cała mądrość leży jak zawsze po środku, w umiejętności przyjęcia argumentów drugiej strony i rozważenia ich. Najtrudniejszym zadaniem rodziców jest nauczenie się słuchania innych, bez przesadnego nadymania się i oskarżania o wtrącanie się w nie swoje sprawy. I nie mówię tu o sytuacjach, gdy nawiedzona sąsiadka koniecznie namawia nas na posyłanie dziecka do kościoła, podczas gdy my jesteśmy buddystami lub gdy babcia wpycha w naszą pociechę kolejnego kotlecika. Wtedy zdecydowanie asertywność jest na miejscu. Mówię tu o sytuacjach, gdy "głupia ciotka" zauważa, że jej czteroletni siostrzeniec zaczyna mieć symptomy uzależnienia od telewizji, gdy "nadopiekuńcza babcia" wspomina, że niekonsekwencja rodziców szkodzi jej wnukowi, gdy "ta głupia koza" w przedszkolu sugeruje, że córeczka jest zbyt nieporadna jak na swój wiek. Prawdopodobnie żadna z tych osób nie chce podważyć kompetencji rodzica ani też mu dokopać. Po prostu z zewnątrz widzi się więcej i czasem można zapobiec jakiemuś poważnemu problemowi. Trzeba też mieć świadomość, że ludzie wokół nas mają różne doświadczenia, a czasem też wiedzę, której nam, rodzicom, brakuje. Teściowa wychowała swoje dzieci i może chce nas ustrzec przed swoimi błędami? Nauczyciel wie więcej o psychologii niż my i na pewno widział podobne przypadki, więc czemu nie skorzystać z jego doświadczeń?  I tu leży mądrość rodzica, by znaleźć granicę między wtrącaniem się, a konstruktywną pomocą.
Druga strona natomiast musi przyjąć, iż to nie my jesteśmy rodzicami i nie my odpowiadamy za wychowanie małego człowieka. Nie wolno nam ingerować w sprawy błahe, które nie zagrażają ani dziecku ani rodzinie.   Mnie osobiście pomaga stare powiedzonko - "nie mój cyrk, nie moje małpy" - nie ja decyduję w jakiej klatce siedzą, jakie zabawki się im daje, co dostają do miski, ale mogę zareagować, gdy widzę, że dzieje im się krzywda lub coś im zagraża. Mamy moralny obowiązek zwrócić rodzicowi uwagę na problem, który widzimy, wskazać jego konsekwencje. Możemy powiedzieć mu o błędach, które dostrzegamy w jego działaniach i naszych doświadczeniach z tym związanych. Jeśli trafimy na rozsądną osobę, można będzie nawiązać dialog i połączyć nasz obiektywizm, z jego miłością i "władzą" sprawczą. I to jest chyba klucz do działania "dla dobra dziecka".


wtorek, 22 lipca 2014

Mama Nieprzystosowana

Telefon zadzwonił niespodziewanie, wczesnym popołudniem.
- Ratuj, bo ja tu o_s_z_a_l_e_j_ę - usłyszałam w słuchawce zdenerwowany głos Grażynki - ta gówniara mnie wykończy! Zocha! Przestań w końcu ryczeć! Ale już - wydarła się moja koleżanka gdzieś za siebie.
Już? - pomyślałam - dawałyśmy jej  5 dni. Dziś był dopiero trzeci.
Grażynka to jedna z tych kobiet stworzonych do rzeczy wyższych. Pracuje w jednej z największych agencji reklamowych, na wysokim stanowisku, uwielbia wystawne przyjęcia i weekendy w spa. No, przy okazji ma też w życiu psa i dziecko, dokładnie w tej kolejności. Ponieważ i ona i mąż pracują do późna, Zofią (albo jak mawia Grażynka Sofiją) zajmuje się niania, ciocia Ania. Oczywiście także w soboty, bo przecież Grażynka musi mieć czas dla siebie, na wycieczki z mężem i eleganckie kolacje. No i są jeszcze dziadkowie, którzy z ochota porywają małą na weekendy, wyznaczając precyzyjnie grafik, aby nikt nie był poszkodowany w kontakcie z wnuczką. Tak więc, jak kiedyś policzyłyśmy przy flaszce dobrego wina, Grażynka spędza z córką maksymalnie 2 godziny dziennie. Jakież było nasze zadziwienie, gdy miesiąc temu oświadczyła nam, że zamierza spędzić urlop z Zosią, w domku pod Warszawą.
- Pani Ania chce wziąć urlop, moi rodzice jadą do Grecji, a teściowie nad morze. Chcę spędzić ten czas z Sofiją - orzekła Grażynka
- A co ty będziesz z nią robić, przez bite 2 tygodnie? - spytała Kryśka
- Może w końcu zacznę ją uczyć hiszpańskiego? Drugi język w wieku 5 lat to chyba nie za późno? - zaniepokoiła się Grażynka
- Nieeee... - uspokoiła ją Baśka, a my w milczącym porozumieniu wypiłyśmy kolejny łyk kawy.
- Daję jej tydzień - powiedziała Baśka, gdy Grażynka opuściła moje małe mieszkanko, tłumacząc się kolejnym spotkaniem.
- No co ty! Wytrzyma maksymalnie 5 dni - orzekłyśmy z Kryśką.
Tymczasem minęły trzy, a Grażynka już bliska była obłędu.
- Przyjeżdżaj - zarządziła i odłożyła słuchawkę.

- Ja chcę do cioci...buuuu... - wyła mała Zosia, gdy przekroczyłam próg wiejskiej posiadłości mojej koleżanki.
- Sofijo, mamusia tu jest... i ma nowa lalkę dla ciebie - Grażynka próbowała zachować resztkę spokoju i wkupić się we względy małej piękną i chyba bardzo droga lalką, raczej wersją kolekcjonerską niż dziecięcą.
- Nie chcę lalki - ryknęło dziecko - ja chcę do cioci Ani, buuuuuu...
- A rycz sobie do woli - poddała się Grażynka i trzasnęła drzwiami zostawiając mnie w pokoiku wraz z dziewczynką.
- Chodź, poczytamy książeczkę - powiedziałam i usiadłam w fotelu. Mała chlipiąc usadowiła się na poduchach, na podłodze. Na szczęście Zosia była tak zmęczona płaczem, że po chwili czytania zasnęła. Zeszłam na dół, do Grażynki.
- Co się stało? - zapytałam i to był mój błąd, bo Grażynka całkowicie się rozhisteryzowała.
- Nie mam siły do tego dziecka - płakała - Nic jej nie pasuje. Ciągle płacze albo marudzi. Nic nie mogę zrobić - ani poczytać, ani się poopalać, ani pogadać przez skypa. Obłęd jakiś!
- Masz małe dziecko. To normalne - próbowałam tłumaczyć
- Normalne?  - oburzyła się Grażynka - To ma być normalne, że zamiast cieszyć się z wakacji z mamą Sofija ciągle płacze i chce do tej Anki?
- Tak. Mała tęskni. Nie zaprzeczysz chyba, że większość czasu spędza z panią Anią. Jej się tu nudzi po prostu. Chce się bawić.
- Ale co ja mam zrobić? - rozłożyła bezradnie ręce Grażynka - Próbowałam ja uczyć hiszpańskiego, ale jak ja mam ją czegoś nauczyć, jak ona ciągle się kręci i rozprasza? Kupiłam jej nową lalkę, to widziałaś, co z tego było. Zabrałam na lody, to mi powiedziała, że nie lubi truskawkowych i odmówiła zjedzenia. Ja się nie nadaję na matkę - podsumowała.
Już jej miałam przyznać rację, ale gdy spojrzałam na tę bezradna kobietę zrobiło mi się jej żal.
- Nie martw się. Coś poradzimy. Masz ziemniaki?
- Mam - odpowiedziała zdziwiona Grażynka.
- A znajdziesz jakąś niepotrzebną deskę do krojenia? Drewnianą?

Kiedy Zosia zeszła na dół, wzięłyśmy ziemniaki i zrobiłyśmy z nich stemple. Najpierw mała bawiła się w tworzenie stempelkowych wzorów na kartkach. Później dałyśmy jej deskę i pozwoliłyśmy ozdabiać ją wyciętymi w ziemniakach wzorami. Stemple zrobiłyśmy razem, a gdy Zosia pochłonięta była zdobieniem deski, my miałyśmy sporo czasu na wypicie kawy.
- Widzisz, jakie to proste - powiedziałam, gdy sączyłyśmy kawę patrząc na skupiona minę dziecka - wystarczy trochę wyobraźni i rzeczy, które możecie robić razem.
- Nie wystarczy - westchnęła Grażynka - musisz mi zostawić instrukcję, co ja mam z nia robić.
Zostawiłam. Może nie instrukcję, ale spis kilku zabaw dla matki i córki. Efekt był taki, że Zosia już więcej nie pytała o ciocię Anię, a Grażynka... No cóż, chyba nasza koleżanka zmieni tryb życia, bo dotarło do niej, że dziecko to nie zabawka, którą można się pobawić wtedy, gdy jest nam wygodnie i mamy ochotę.

ZABAWY DLA ZOSI (lat 5):
1. Wybierzcie się na spacer z koszyczkiem na skarby i nazbierajcie różnych darów natury - listków, kwiatków, kamyczków, kory, mchu, patyczków itp. W domu weźcie kawałek tektury i klej. Przyklejajcie przyniesione przedmioty tworząc własne obrazy.

2. Zróbcie masę solną wg przepisu:
  • szklanka mąki,
  • szklanka soli,
  • 125 ml wody
  • 2 łyżki rozpuszczonego wcześniej kleju do tapet  
 Świetną zabawą jest już samo zagniatanie ciasta. Gdy masa jest gotowa, możecie z niej ulepić figurki lub... zrobić ozdoby na choinkę, wycinając z ciasta kształty foremkami do ciasteczek. Rzeźby można pomalować farbkami wodnymi.
Zosia i Grażynka zrobiły serduszka na choinkę oraz biżuterię dla lalek :)

3. Ukryj w ogrodzie skarb (np. torbę z cukierkami), a następnie przygotuj wskazówki, które pozwolą dotrzeć do skarbu. Wskazówki mogą łączyć się z zadaniami do wykonania, tak aby zadanie było dopiero kolejnym krokiem w stronę skarbu. Ukochana zabawa wszystkich dzieciaków ;)

4.  Nadmuchajcie balony, a następnie wypuście z nich powietrze. Do balonów przy pomocy lejka wsypcie mąkę i trochę wody, by maka się uplastyczniła. Zawiążcie balony i zróbcie  z nich śmieszne głowy. Możecie pomalować twarze ;)

5. Zróbcie teatrzyk ze starych rękawiczek. Poucinaj palce od rękawiczek do zmywania. Flamastrem narysujcie twarze. Pacynki można też ozdobić cekinami, wstążeczkami, kawałkami sznurka, guziczkami itp. Możecie np. wystawić bajkę o Kopciuszku i nagrać ją na video.

6. Zróbcie wizytówkę na drzwi dziecięcego pokoju. Na tekturze / deseczce napisz dziecku tekst, który chce, aby był na wizytówce. Na liniach naklejcie makaron o różnych kształtach. Można też tą samą technika stworzyć makaronowe obrazy. Można też zabarwić makaron barwnikami spożywczymi.

7. Starą patelnię napełnijcie ziemią i posadźcie w niej malutkie roślinki (latem bez trudu można kupić takie sadzonki za grosze na jakimś targu). Stwórzcie magiczny ogród, korzystając z kamyków, kawałków lusterek, miniaturowych zabawek

środa, 23 kwietnia 2014

Sztuka kaligrafii, czyli po co uczyć odręcznego pisania w cyfrowym świecie

W świecie rozwiniętej techniki pisanie odręczne stało się umiejętnością zbędną i przestarzałą. To, co kiedyś było chlubą człowieka, dziś zaczyna zanikać. Współcześnie coraz rzadziej piszemy odręcznie. Długopisy, ołówki, pióra czy kredki zastąpiły klawiatura i ekrany dotykowe. W szkołach pojawiły się laptopy, tablety i tablice interaktywne oraz głosy, że pisanie odręczne nie jest umiejętnością kluczową dla współczesnego człowieka. W związku z tym zaczęto poświęcać mniej uwagi dokładności i poprawności zapisu. Eksperci i badacze uważają, że następuje regres umiejętności pisania, który bezpośrednio przekłada się na poziom kompetencji społeczeństwa. Czy jest możliwe, by od równo postawionych literek zależał nas sukces życiowy? Okazuje się, że tak.
Okazuje się, że ręczne pisanie jest nie tylko umiejętnością, ale również czynnikiem warunkującym nasz rozwój, potencjał do osiągnięcia sukcesu w życiu. Jak wskazują badania, podczas czynności pisania w mózgu zachodzi wiele skomplikowanych procesów. Żeby kreski pozostawiane na papierze zaczęły przypominać znaki alfabetu, człowiek musi odpowiednio napiąć mięśnie dłoni, chwycić w określony sposób narzędzie pisarskie, ale przede wszystkim użyć partii mózgu odpowiedzialnych za percepcję wzrokową, abstrakcyjne myślenie, zdolności motoryczne, koordynację i orientacje przestrzenną. Pisanie aktywuje też tzw. ośrodek Broki, który odpowiada za zdolności językowe takie jak mówienie, formułowanie płynnych wypowiedzi oraz organizację tekstu. Badania niemieckie wykazały, że dzieci, które od najmłodszych lat uczone były pisania maszynowego, mają dużo większe problemy z budową dłuższego tekstu pisanego niż ich rówieśnicy piszący odręcznie, ich wypracowania są na niższym poziomie konstrukcyjnym, a ich napisanie zajmuje uczniom dużo więcej czasu. Uczeni zaobserwowali także związek między wyrażaniem uczuć oraz poprawnym wysławianiem się, a nauka odręcznego pisania.
Udowodniono także, że ćwiczenie kaligrafii wpływa pozytywnie na zapamiętywanie informacji oraz koncentrację. Jak wynika z badań opublikowanych przez francuskie stowarzyszenie miłośników kaligrafii Esperluette kaligrafia ma wpływ na oddychanie i koncentrację, dzięki czemu uspokaja i wpływa na rozwijanie postaw kreatywnych.  Badania wskazują, że szybciej uczymy się z notatek napisanych ręcznie niż z tych przygotowanych na komputerze. Kiedy piszemy ręcznie, każdy znak wymaga określonego ruchu dłoni. Ten konkretny, własciwy dla danego znaku ruch znajduje odzwierciedlenie w aktywności neuronów, na co wskazuja obrazy z rezonansu magnetycznego. W momencie, gdy piszemy na klawiaturze, wykonujemy ten sam ruch dla każdej litery - wciskamy odpowiedni klawisz, a więc nasz mózg nie wykonuje skomplikowanych ćwiczeń przy każdym znaku graficznym.
W raporcie "Odręczne pisanie w społeczeństwie" opublikowano badania wskazujące, że  w szkołach, które wprowadziły programy promujące staranne ręczne pisanie zauważono wiele pozytywnych efektów m.in. znacznie wzrosła koncentracja, szczególnie u najmłodszych dzieci a w czasie zajęć zauważalna stała się dużo spokojniejsza, sprzyjająca nauce atmosfera. Dodatkowo nauczyciele zauważyli znaczna poprawę w umiejętności mówienia i słuchania - u dzieci wzrosła pewność siebie i samoocena, a problemy dzieci wymagających nauczania wspomagającego w wielu przypadkach zanikły.
Europejskie badania nad wpływem kaligrafii na rozwój człowieka są stosunkowo nowe. Jednak mam wrażenie, że wyważamy dawno otwarte drzwi. Wystarczy przyjrzeć się japońskiej sztuce pisania, wczytać się w założenia HITSU ZEN DO (dosł. drogi medytacji pędzla) by zrozumieć, jak ważna umiejętność zanika na naszych oczach. I żaden komputer ani ekran dotykowy nam jej nie zastąpi. 

Polecamy też artykuł: Baba od kóz


fot. http://warsztaty-rekolekcje-tyniec.blogspot.com/2013/06/skryptorium-kaligrafia-warsztaty.html

wtorek, 22 kwietnia 2014

Nauka jest najważniejsza!

Przed  świętami umówiłam się z koleżanką na kawę. Radośnie więc zapakowałam dziś kawałek ciasta i ruszyłam na spotkanie. Becia otworzyła mi drzwi z obłędem w oczach i mało przytomnym głosem zaczęła mnie przepraszać i tłumaczyć, że niestety dziś nie możemy poplotkować, bo Jaś jutro zdaje egzamin, a jeszcze nie przeczytał "Syzyfowych prac", nie powtórzył gramatyki, nie rozwiązał 3 testów, które mu skserowała i nie napisał rozprawki... Powinnam więc zrozumieć, że ona jako wzorowa matka musi Jasia przypilnować i razem z nim powtórzyć wszystko do egzaminu. Może jestem mało pojętna, ale zrozumieć ni czorta nie potrafię.
Jak w korporacji
Egzamin jest ważnym wydarzeniem w życiu dziecka i rodzica, ale nie wolno zapominać, że... to tylko egzamin. Owszem zależy od niego, do jakiej szkoły dostanie się nasza pociecha, ale czy warto podporządkowywać wszystko temu jednemu wydarzeniu? I nie chodzi mi tu wbrew pozorom o tę nieszczęsną kawę, ale o Jasia, który w wieku lat nastu pracuje ciężej niż niejeden dorosły. Korepetycje z matematyki, kurs przygotowawczy z historii, dodatkowe lekcje angielskiego, obowiązkowo rozwiązane minimum dwa testy w tygodniu plus oczywiście szkoła, w której oceny mają być na najwyższym poziomie, bo "przecież liczą się do liceum". Praca i sen lub tylko praca, bo doba ma 24 godziny. 
- Ciocia coś powie mamie - szepcze mi do ucha błagalnie Jasio, gdy zanoszę mu ciasto - całe święta siedziałem w domu i trzaskałem te testy.
Obserwacja
Adam mój sasiad, zdolny, wesoły chłopak siedzi samotnie na schodach przy wejściu do bloku. Patrzy na boisko, na którym kumple grają w kosza. Obok leży jakieś repetytorium z polskiego. Podchodzę, trącam go w ramię i pytam: Wszystko ok? Mogę w czymś pomóc? Spoglądają na mnie nieprzytomne oczy i słyszę automatyczną odpowiedź - Nie, jest w porządku. Tylko muszę się uczyć - wskazuje nogą książkę.
Adam to kolejna ofiara przedegzaminacyjnej gorączki rodziców. Zmęczony i zestresowany do granic możliwości chłopak, pośmiewisko rówieśników, którzy nie rozumieją... Wycieczka rowerowa - nie, nie mogę, wypad z kolegami do kina w sobotę - mam korepetycje, przerwa w szkole - powtarzanie materiału, by nie dostać złej oceny, bo "matka się wścieknie". Próbuję z nim rozmawiać, ale słyszę tylko cytaty z dorosłych.
- Jak się nie będę uczył, nie dostanę się do liceum, na studia i do niczego nie dojdę. Muszę zrezygnować z przyjemności, bo mam egzamin. Nie mogę się rozpraszać, nauka jest najważniejsza...

I tu mam ochotę zapytać, kochani rodzice, czy to wasze dziecko nie powinno być najważniejsze? 



*   *  *

ŻEBY NAUKA NIE BYŁA WAŻNIEJSZA NIŻ DZIECKO...

  1. Motywuj dziecko do systematycznej nauki i wypracuj nawyk samodzielnego uczenia się;
  2. Naucz swoje dziecko racjonalnego wykorzystania czasu. Pokaż mu, że nauka i odpoczynek są tak samo ważne;
  3. Pielęgnuj w dziecku ambicję, ale naucz je też, że czasem trzeba sobie odpuścić.
  4. Twoje dziecko nie musi byc najlepsze we wszystkim. Pozwól mu na słabości.
  5. Nigdy nie porównuj swojego dziecka do innych.
  6. Nie ucz dziecka, że porażka na egzaminie zamyka wszystkie możliwości
  7. Nie przenoś swoich ambicji i marzeń na dziecko.
  8. Nie przeciążaj swojego dziecka obowiązkowymi zajęciami. 
  9. Nie uzależniaj swojej akceptacji od wyników swojego dziecka
  10. Doceniaj nawet nieduże sukcesy dziecka i mów mu, że je kochasz.