niedziela, 26 kwietnia 2015

Holoubek i Koperek

HOLOUBEK I KOPEREK
czyli brać czy nie brać

Światło gaśnie. Zapada cisza. Tak właśnie zaczyna się najtrudniejszy sprawdzian dla dorosłych  – dziecięcy konkurs teatralny. Tu, w świetle reflektorów widać wszystko. Czy pedagog potrafił zbudować spójną i pewną siebie grupę? Czy stworzył miejsce dla jej kreatywności i potencjału, czy też zamknął ją w sztywne ramy swojej prywatnej wizji? Każdy ruch, każde słowo małego aktora stanowią o jakości pracy pedagogicznej. I znaczą więcej niż wszystkie dyplomy i kursy świata.
Konkursy są także wyzwaniem dla tych, którzy podjęli się je oceniać i kategoryzować na lepsze i gorsze. To, czy jury zda egzamin, wcale nie zależy od wiedzy i doświadczenia teatralnego. Tu nie liczy się teoria reżyserii ani praktyka dykcji. Na pierwszy plan wysuwa się pedagogika.
Jakiś czas temu miałam okazje przyglądać się pewnemu konkursowi teatralnemu dla dzieci. Wiosenne święto radości! Kolorowe kostiumy, dekoracje, prawdziwa scena i ...prawdziwe emocje młodych adeptów Melpomeny. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie dorośli, którzy jak wiadomo widzą kapelusz, a nie węża boa i słonia. 
Rzeczony konkurs w środowisku nosi przydomek „prestiżowy" i uważa się za sukces zdobycie w nim chociażby wyróżnienia. Organizatorzy zatroszczyli się o długą listę patronów (na plakatach pojawiły się nazwy profesjonalnych teatrów) oraz o specjalistów w składzie jury. Spektakle mieli zatem oceniać znany reżyser, aktorka serialowa, pani doktor z uczelni teatralnej zajmująca się dykcją oraz kompozytor. Zacne grono - pomyślałam widząc w mailu wytłuszczone nazwiska. 
Jednak już po pierwszym pokazie przekonałam się, że mam do czynienia z „zacnym gronem" ignorantów pedagogicznych. Po występie rozentuzjazmowane dzieciaki wpadły do sali, w której jury omawiało spektakle. Panie nauczycielki napomniały podopiecznych, żeby pilnie słuchali „mądrych ludzi, bo oni znają się na teatrze". Marchewki, szczypiorki i kukurydza zasiadły na dużo za dużych krzesłach i z rozdziawionymi buziami śledziły każdy ruch serialowej Anki. I wtedy „zacne grono" przemówiło, obrzucając krytyką wszystko, co się da. Pani doktor objechała brukselkę, że nie wymawia poprawnie "r", pan kompozytor przyczepił się, że chór groszków nie śpiewał czysto, aktorka powiedziała selerowi, że jego gra była nudna (bez eufemizmów), a znany reżyser wytknął instruktorkom, że nie zachowały dyscypliny na scenie. Siedziałam z boku  i obserwowałam, jak z każdym słowem uśmiechy na twarzach dzieci zmieniają się w coraz większe podkówki. Gdy w końcu cebulka zaczęła chlipać, jury uznało „omówienie" za zakończone i opuściło salę, zostawiając panie nauczycielki z dwudziestką bliskich płaczu maluchów.
W tym momencie stało się dla mnie jasne, dlaczego tak często podczas konkursów teatralnych organizatorzy unikają  spotkań z zespołami i omówień spektakli. Dzieciaki dostają tylko informację „wygraliśmy – przegraliśmy”. Cały ciężar wyjaśnień oddaje się pedagogowi prowadzącemu grupę, niech się martwi. Tylko, że często on sam nie rozumie werdyktu i nie wie, co powinien przekazać swoim podopiecznym. A przecież to właśnie informacja zwrotna ma w tym wszystkim największe znaczenie. Wskazanie mocnych i słabych stron, określenie kierunku, w którym zespół powinien podążać. To jest rola jury.
Ku mojemu przerażeniu  kolejne spotkania oceniające wyglądały podobnie. Przy trzecim omówieniu nie wytrzymałam i zapytałam, czy ktokolwiek z szacownego jury pracował z dziećmi i ma chociaż blade pojęcie o pedagogice teatru. Obrzucono mnie pogardliwym spojrzeniem i poinformowano, że to nieistotne, bo teatr to teatr.
Otóż nie, Szacowni Jurorzy Konkursów Teatralnych dla Dzieci. Między teatrem profesjonalnym a dziecięcym/ młodzieżowym jest przepaść. Techniki tworzenia spektakli w teatrze zawodowym całkowicie nie sprawdzają się w amatorskim. Inna jest specyfika pracy z aktorem, bo inne są możliwości występujących. Jednak najważniejszą różnicą jest cel. Teatr profesjonalny stworzono, by zachwycić widza, stworzyć dzieło sztuki, podczas gdy teatr szkolny ma przede wszystkim rozwijać małego człowieka. Przedstawienie jest tylko produktem ubocznym, nie celem samym w sobie. Trzeba być ignorantem do kwadratu, by wg tych samych kryteriów oceniać Holoubka i Krzysia-Koperka. Krzyś-Koperek nie musi być mistrzem dykcji ani perfekcyjnie panować nad ruchem. Ma rozumieć sens pracy zespołowej, nauczyć się radzić sobie ze stresem i tremą, a przede wszystkim świetnie się bawić i pokochać teatr. 
Ku mojej radości coraz więcej jest  pedagogów, którzy potrafią z mistrzowską precyzją wykorzystywać metody teatralne. Rzadko spotyka się już  „teatry tresowanych małpek", w których dziecko jest tylko narzędziem do przekazu wizji „pani reżyser". Akademie i klepanie wierszyków wróciły na swoje miejsce, czyli do sal gimnastycznych, i nie nazywa się ich „teatrem".  Żaden rozsądny instruktor nie próbuje  przenosić teatru profesjonalnego na grunt szkoły, bo to pierwszy krok w stronę porażki pedagogicznej i artystycznej. 
Po udziale w „prestiżowym" konkursie został niesmak i pytanie, które wielokrotnie słyszałam od pedagogów prowadzących teatry szkolne: brać czy nie brać udziału w konkursach? Kiedy patrzę na przygotowane przez dzieciaki przedstawienia, nie mam wątpliwości - brać. Możliwość wystąpienia na prawdziwej scenie, oglądanie spektakli innych grup, radość wygranej i łzy porażki - są bezcenne. Warto uczyć maluchy, że w teatrze jak w życiu, raz się wygrywa a raz przegrywa, że nasza praca nie musi się podobać wszystkim, że inni robią ciekawe rzeczy. Nawet krytyczną ocenę jury można przekuć w ciekawą lekcję wychowawczą i nauczyć, jak ważne jest przemyślane ocenianie innych.
Spotkania z jury są dla dzieci ważnym przeżyciem i uważam, że nie warto z nich rezygnować. Powinniśmy jednak wymagać od organizatorów konkursów, by do współpracy zapraszali osoby, które oprócz nazwiska mają doświadczenie i ogromne wyczucie pedagogiczne. To nie rywalizacja konkursowa stanowi problem, tylko to, w jaki sposób my, dorośli, ją zorganizujemy.
Konkursy teatralne to szansa na zobaczenie masy fantastycznych spektakli, które bez tego prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego i pozostały zamknięte w murach szkoły. I niezależnie od tego, co twierdzą „specjaliści", naprawdę są to bardzo ciekawe i artystycznie wartościowe przedstawienia, których nie powstydziłby się teatr profesjonalny.

Do końca życia nie zapomnę „Śpiącej królewny" zagranej przez przedszkolaki (czterolatki). Instruktorka wykorzystała do stworzenia dekoracji kolorowe kubiki, a za rekwizyty posłużyły akcesoria kuchenne.  Cała sala dorosłych widzów siedziała z rozdziawionymi ustami, nie mogąc się nadziwić perfekcji przedstawienia. A dzieciaki przez godzinę bawiły się w najlepsze. Widząc to, nie miałam wątpliwości, że ten pedagog zdał swój egzamin z wyróżnieniem.

środa, 6 sierpnia 2014

Spisek

Czy 250 tys. ludzi to dużo?  Mniej więcej tylu mieszkańców Warszawy zginęło podczas powstania 1944 r. Orientacyjnie 250 tys. liczy ludność takich miast jak Gdynia czy Częstochowa. 250 tys. osób podpisało także projekt ustawy Fundacji PRO - Prawo do Życia "zakazującej molestowania dzieci poprzez agresywną edukację seksualną już od najwcześniejszych lat szkolnych", który niebawem wejdzie pod obrady Sejmu. 250 tys. osób poparło zapis mówiący o tym, że pokazanie synowi, jak działa prezerwatywa lub przekazanie wiedzy nastoletniej córce o różnych sposobach antykoncepcji jest "przestępstwem", bo przecież "ułatwiamy" podejmowanie zachowań seksualnych ("Kto publicznie propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletnich poniżej lat 15 zachowań seksualnych lub dostarcza im środków ułatwiających podejmowanie takich zachowań, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2"). 
Wchodzę na stronę fundacji. Pierwsza moja myśl: "To jakieś jaja". No bo przecież nikt racjonalnie myślący nie weźmie poważnie tego, że istnieje globalny spisek środowisk LGBT (lesbijek, gejów, biseksualistów, transseksualistów) dążący do deprawacji dzieci. Ba! W intrygę wmieszana jest także Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), której pedofilskie zapisy wnikliwie zebrano w oddzielny plik zatytułowany "wyciąg cytatów". Idąc dalej jesteśmy ostrzegani przed posłanką Anną Grodzką oraz grupą edukatorów seksualnych "Ponton". Dalej zastosowano wzorcowy suspens, rodem z Hitchcocka...Na celowniku seks edukatorów znalazła się Polska. W roku 2013 została opublikowana polska wersja „Standardów edukacji seksualnej w Europie”. Obrzydliwe praktyki niemieckich „edukatorów” mają być  w Polsce wprowadzone jako standard.

Teraz Twoje dzieci mają być pozbawione niewinności i wydane w ręce macherów od seksu.
No po prostu można umrzeć ze śmiechu. Hmmm...Można by. Teoretycznie. Gdyby pod takim myśleniem nie podpisało się 250 tys. ludzi.

Tymczasem "wiedza" o seksie przeciętnego gimnazjalisty zaskoczyłaby niejednego dorosłego. Tak, kochani.  W wieku lat 13. masze maleństwa nie są już takie niewinne, jakby nam się wydawało. Wielu ma za sobą pierwsze eksperymenty i próby erotyczne, niektórzy nawet ten "pierwszy raz" - doświadczenia zdobyte w szkole podstawowej. Jakby ktoś jeszcze nie zauważył - żyjemy w erze mediów - internetu, telewizji, prasy. Skończyły się czasy, gdy wiedzę o życiu intymnym czerpało się od starszych kolegów, z książek, od rodziców. Teraz pierwszymi nauczycielami seksu są najczęściej filmy, erotyczne strony internetowe, fora, instruktażowe filmiki na portalach społecznościowych. I jak wygląda ta "edukacja"? Ano tak, że dzieciaki wiedzą o rzeczach, o jakich nam się nie śniło - znają strony o sadystycznym seksie, erotyczne portale, eksperymentują z masturbacją, pettingiem i "dorosłym" seksem. Eksperymentują na wszystkich frontach - seksu hetero i homoseksualnego, pojedynczego i grupowego (gra w "słoneczko"). Przy tym wszystkim nie mają podstawowej wiedzy, bo to, co mówi się na biologii - jednym uchem wpada, a drugim wypada, a i atmosfera zwykłej lekcji nie sprzyja rozmowom i otwartości. I tym sposobem mamy tykającą bombę hormonalną.
Myślicie, że przesadzam? 
Przykład 1: 
Zacznijmy od czegoś, co można uznać za zabawne, jeśli pracuje się z młodzieżą i ma trochę poczucia humoru. Klasa szósta. Zastępstwo. Prowadzę lekcję historii. Dzieciaki dostają jakieś samodzielne ćwiczenie, więc mam chwilę na wpisanie do dziennika terminu sprawdzianu. Mylę się, więc rzucam do klasy niewinne pytanie: Czy ma ktoś gumkę? Z pierwszej ławki wstaje pyzaty okularnik i kładzie mi na biurku prezerwatywę truskawkową. Tylko taką, psze pani. Ale chłopaki mają jeszcze bananowe...
Przykład 2: 
Obóz integracyjny na początku 1. klasy gimnazjum. Wrzesień. Jedziemy z dzieciakami w góry. Już na peronie rzuca nam się w oczy "parka", która dość demonstracyjnie "liże się" otoczona wianuszkiem obserwatorów. Zwracamy uwagę - chłopczyk o anielskiej buzi bobasa jest zdziwiony, a zbuntowana pannica z makijażem a'la lolitka tylko wzrusza ramionami. Zdecydowanie nie pozwalamy parze jechać w jednym przedziale. Rozdzielamy ich także w miejscu noclegowym, na wszelki wypadek przydzielając pokoje znacznie od siebie oddalone. Pilnujemy. Ha! Próbowaliście kiedyś upilnować parę nastolatków? Radzę spróbować... Pierwsza wpadka - przyłapujemy młodych na dyskotece obozowej. Siedzą w jakimś kącie i trenują petting. Ona trzyma łapę w jego majtkach, on w jej. Rozmawiamy. Dzwonimy do rodziców i przedstawiamy sytuację.  Reakcja? Co pani insynuuje? Moja córka nie jest jakąś kurwą! Ona ma dopiero 12 lat! Po drugiej stronie podobnie. Dowiadujemy się, że Kubuś to jeszcze dziecko, niemal dopiero co wyjęte z pieluch. Cóż...pozostaje nam wzmóc czujność. Wpadka druga: podczas nocnego dyżuru, kolega znajduje rzeczoną parę w łóżku. Oboje są nadzy, chłopak, oczywiście w pełnym wzwodzie, leży na dziewczynie. Reszta dzieciaków w pokoju udaje, że śpi, ale doskonale wiemy, że obserwują. Rozmowa nr 2. Dowiadujemy się z koleżanką, że podczas pierwszego razu nie można zajść w ciążę... Tym razem dzwonimy do rodziców z żądaniem natychmiastowego odbioru pociech z obozu. Nie przyjeżdżają. Mamy parkę na głowie jeszcze kilka czujnych dni i bezsennych nocy.
Przykład 3: 
Podczas dyżuru koleżanka przerywa pewnej parze stosunek w toalecie. Ona 14, on 15 lat. Bez zabezpieczenia. Zaczynamy od rozmowy i dowiadujemy się, że owszem, wiedzą o istnieniu antykoncepcji, ale taki hardcore jest podniecający. Wzywamy rodziców, sugerujemy, by porozmawiali ze swoimi dziećmi o odpowiedzialności za drugą osobę, o szacunku, o konsekwencjach. A co ja tam mu będę gadał? Sam się dowie - słyszymy.
Przykład 4:
Gdybym nie pracowała z młodzieżą, chyba bym nie uwierzyła, że istnieje "gra w słoneczko". Sądziłabym, że to tylko bujna wyobraźnia nastolatków. Niestety, przekonałam się, że to nie mit, gdyby jedna z moich koleżanek, matka dorastającego syna lat 14, nie wróciła wcześniej z pracy i nie zastała swojej pociechy "bawiącej" się w najlepsze z kilkoma osobami ze swojej klasy. Młodzi ludzie byli tak zaabsorbowani "grą", że nie usłyszeli otwierania drzwi i tłukącej się w wejściu matki. Na czym polega gra? Kilka dziewcząt kładzie się nago, z rozłożonymi nogami na podłodze. Wokół nich stają rozebrani chłopcy. Każdy uprawia seks z dziewczyną, która leży naprzeciwko niego. Po pół minuty następuje zmiana. Chłopcy po kolei współżyją z kolejnymi dziewczynami. Przegrywa ten, który pierwszy osiągnie wytrysk... Dowiedziałam się o tej zabawie, bo koleżanka poprosiła o "fachową" pomoc w rozmowie z synem. Obie przeraziłyśmy się tym, jak bardzo przedmiotowo traktuje seks chłopak wychowany w wierzącej, szanującej się rodzinie.

Nie wiem jak wy, ale ja chętnie dołączę się spisku WHO. Z premedytacją też pozbawię niewinności swoje dzieci, nawet za cenę 2 lat więzienia, bo zależy mi na ich bezpieczeństwie i szczęściu. Chcę zobaczyć ludzi, który świadomie i rozsądnie podejmują współżycie, nie boją się bliskości, szanują siebie i swoich partnerów, a akt seksualny  nie jest dla nich traumą.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Podwórkowa edukacja

Pewnej leniwej niedzieli siedzieliśmy rodzinką w domu i zastanawialiśmy się, co ze sobą zrobić. A może spacer? Kino? Basen?
- O! Już wiem! - wykrzyknęłam radośnie - chodźcie, pojedziemy rowerami na Pragę, pokażę wam moje podwórko!
- A po co? - spytał zaskoczony Aktualny Mężczyzna, a Siostrzenica, zbuntowana dziesięciolatka wydęła z dezaprobatą usteczka.
No tak. Co taki "bananowy chłopczyk", wychowany w willowej dzielnicy może wiedzieć o podwórku na Pradze Północ? 
- Nie pytajcie, tylko chodźcie - zarządziłam - zabiorę was w podróż sentymentalną.



*  *  *  *  *
Wczesne lata podstawówki spędziłam w bloku na warszawskiej Pradze, w mieszkaniu, w którym jako dzieci mieszkały moja matka i ciotka.Później kwatera była wynajmowana, aż do czasu, gdy zamieszkałam tam z rodzicami.  Sześć pięter, sześć klatek - wszyscy się znali, wielu mieszkańców pamiętało moich dziadków, wiele koleżanek matki żyło tam nadal z rodzinami. Tak więc wokół były same ciocie i wujkowie. No i oczywiście spora gromadka dzieciaków, mniej więcej w moim wieku. 
I było podwórko - osłonięte z trzech stron ścianami budynku, z wąską uliczką przejazdową i "małpim gajem", obrośnięte jakimiś ozdobnymi krzakami, które stwarzały naturalne środowisko do zabaw w dom i sklep.  Daleko mu było do dzisiejszych, super bezpiecznych placów zabaw. Na środku podwórka znajdowała się piaskownica, w której babrały się najmniejsze dzieci, razem z psami, kotami i gołębiami. Nie pytajcie, co można było znaleźć w piachu. Nikt się tym jednak bardzo nie przejmował i maluchy bawiły się w najlepsze lepiąc babki i "upiększając" je kawałkami gruzu, pordzewiałymi kapslami, ptasimi piórami a czasem jak sie trafiło - psią kupą.
Obok stały jakieś drabinki do wspinaczki. Pamiętam, że nikt się na nich nie bawił, bo ustawiono je w najbardziej widocznym miejscu podwórza, zupełnie bez sensu. Obok nich była jeszcze rozklekotana, stalowa karuzela, z powyginanym wszystkim, co tylko dało się wygiąć. Ten dziwny przyrząd zwabiał dzieciarnię tylko wtedy, gdy jakiś miejscowy osiłek sprawdzał, jak bardzo da się rozkręcić karuzelę przy pełnym obciążeniu, przy czym należy zauważyć, ze pełne obciążenie zakładało nie tylko pasażerów w siodełkach, ale także wiszących na wszystkich możliwych prętach.
Wyposażenie podwórka stanowiła jeszcze huśtawka, wielka stalowa konstrukcja ustawiona w cieniu drzew. Ulubionym zajęciem dzieciaków było huśtanie się "aż do gałęzi" czyli bujanie się tak intensywnie, że cała konstrukcja huśtawki trzęsła się na wszystkie strony (aż dziw, że to się nigdy nie przewróciło) i można było dotknąć nogami gałęzi pobliskiej jarzębiny. No i oczywiście zeskoczyć z rozpędzone zabawki na klepisko. O! Tu odbywały się prawdziwe zawody, kto skoczy dalej...  
Fajnym miejscem zabaw była jeszcze ściana z zabezpieczonymi kratami oknami od zaplecza apteki. Tu można było do woli walić piłką o ścianę i nikt się nie czepiał. Zaplecze apteki spełniało tez funkcję bazy do zabaw w podchody i chowanego.
Jednak centrum całego podwórka był trzepak, a raczej... całe trzepakowe królestwo. Trzeba wam wiedzieć, że mogliśmy się poszczycić najfajniejszym trzepakiem w okolicy. Był do całkiem spory kawałek przestrzeni, ogrodzony konstrukcjami z rur, na którym stały  aż dwa trzepaki. Znajdowała się tam jeszcze ławeczka do położenia dywanu oraz dość wysokie krawężniki. Zaraz obok był "małpi gaj" z niezliczoną ilością pieńków i  wystających z ziemi kamulców wszelakich. Najfajniejsze było to, że trzepak oddzielała od podwórka przejazdowa uliczka, tak wiec był miejscem odosobnionym i ukrytym przed rodzicielskim okiem., nic więc dziwnego, że to właśnie tam kwitło życie towarzyskie.
Trzepaki oczywiście służyły do celów akrobatycznych. Fikołki w przód i w tył, na górnym drążku, na dolnym lub przeplatane, z zejściem na ziemię. Wszelkie zwisy i przewiechy, wspinanie się. Myślę, że znaliśmy co najmniej  kilkanaście różnych technik zwieszania się z tego urządzenia. I nikt się nie przejmował niezliczoną ilością guzów, otarć i innych obrażeń wynikających z faktu, że trzepaki ustawione były na betonie. Nikt nie płakał, nawet jak zaliczył upadek z górnego drążka połączony z przystankiem na drążku dolnym. Każdy trzymał fason - zrywał się szybko z gleby, rozcierał obolałą część ciała albo przyklejał liść na krwawiące otarcie i z powrotem ładował się na swoją grzędę.
Naszą ulubioną zabawą była gra w "Ziemię". Był to rodzaj ciuciubabki, połączony z berkiem i  akrobatyką. Osoba, która kryła, odwracała się tyłem do przestrzeni trzepakowej i liczyła do 10. W tym czasie reszta graczy zajmowała jakieś pozycje tak, by nie dotykać stopami ziemi. Można było zawisnąć na trzepaku, stanąć na kamieniu, pieńku lub krawężniku. Szukający odwracał się i z zamkniętymi oczami musiał znaleźć jakaś osobę i ją rozpoznać. Utrudnieniem było to, że wszyscy gracze mogli uciekać przez kryjącym, ale tylko tak, by nie dotykać ziemi. Oczywiście, można było zaryzykować i przebiec po gruncie, ale jeśli szukający krzyknął wtedy "ziemia" - byliśmy złapani i trzeba było kryć. Zabawa była przednia, bo nasz trzepak zapewniał wiele możliwości bycia ponad ziemią. Można było w niewielkiej przestrzeni przemieszczać się i po trzepakowych konstrukcjach, i po krawężnikach, i po pieńkach i...po ziemi. 
Wąska uliczka na naszym podwórku notorycznie zamieniała się w boisko. Najczęściej było to pole do badmintona, w którego rżnęliśmy namiętnie całe lato. Nawet zmrok nam nie przeszkadzał, bo boisko delikatnie oświetlały latarnie wiszące na ścianach budynku. Rakietki i lotki miały chyba tylko 2 osoby na podwórku, ale nikomu to nie przeszkadzało. Urządzaliśmy całe mistrzostwa w tę grę, graliśmy pojedynczo i w debla. Bez siatki, na polach wyznaczanych krokami i rysowanych kawałkiem cegły. Badminton skupiał wszystkich. Losowana była kolejność i składy. Ktoś tam prowadził zapiski, ktoś inny sędziował, jedni grali, inni siedząc na okolicznych murkach - kibicowali. I tak życie sportowe i społeczne kwitło wokół dwóch kompletów rakiet i kilku lotek.
Drugą grą, która rozpalała naszą energię, były dwa ognie. Graliśmy w to zawsze, gdy tylko się dało, urządzając dodatkowo zawody między podwórkami. W zabawie  uczestniczyły 2 drużyny, w których należało wybrać "matkę". "Matka" danej drużyny ustawiała się za boiskiem drużyny przeciwnej. Gra polegała  na wzajemnym "zbijaniu się" piłką. Graczom nie wolno było wychodzić poza granice boiska. "Zbity" czyli uderzony piłką gracz schodził z boiska. Gdy wszyscy z danej drużyny zostali "zbici" na pole boiska wchodził gracz "matka". Wygrywała drużyna, której gracze pozostali na boisku. To były prawdziwe bitwy, podczas których "trup" słał się gęsto. 
Bardzo lubiliśmy też grywać w "wojnę", chociaż niezbyt podobało się to naszym rodzicom, którym notorycznie ginęły noże z ostrymi czubkami. Na kawałku ziemi, najlepiej w "małpim gaju", rysowało się duży okrąg, symbolizujący kulę ziemską i dzieliło się na tyle równych części, ilu było graczy. Jedna z osób rzucała scyzorykiem/ nożem tak, by wbił się on w ziemię, w polu przeciwnika. Następnie trzeba było, nie ruszając się z miejsca, odciąć linią kawałek terytorium przeciwnika tak, by linia przechodziła przez ślad po nożu. Rzucało się do skuchy, czyli momentu w którym nóż się nie wbił lub gracz nie wcelował w pole "wroga". Graliśmy w wojnę namiętnie, od szlachetnego wieku ok. 7 lat. I o dziwo, nigdy nie słyszałam, aby ktokolwiek zrobił sobie podczas tej zabawy krzywdę. Wiedzieliśmy, że trzeba uważać na siebie oraz na kolegów i tyle. Scyzoryki stanowiły integralną część zabaw na podwórku i nikt się temu nie dziwił.

*  *  *  *  *
Kiedy weszłam na swoje dawne podwórko, wydało mi się straszliwie małe i obce. Stałam chwilę i zastanawiałam się, co wywołało to uczucie obcości. I nagle zrozumiałam. Na podwórku panowała przeraźliwa cisza. Było niedzielne popołudnie, środek lata, a podwórko było całkowicie opustoszałe. Żadnych dzieci, żadnych babć-sąsiadek na ławkach ustawionych wokół piaskownicy, żadnych psów. Zniknęło wszystko, co pamiętam. Nie ma drabinek ani karuzeli, nie ma huśtawki ani wysokich drzew jarzębiny. Wycięto krzaki, w których zakładaliśmy domy dla lalek i chowaliśmy swoje skarby. "Małpi gaj" również wycięto. Ogrodzono i zrobiono tam parking. Nie ma także piaskownicy - zamiast niej środek podwórka zdobi klomb z roślinnością znikomej atrakcyjności. Trzepak zlikwidowano i zamiast niego powstała zamykana śmietnikowa altana...Na murze, o który odbijaliśmy piłkę, by grać w "kangura", zawisła tabliczka z zakazem. Czyżby w bloku, w którym żyje 120 rodzin nie było dzieci? Ależ są...Nawet mieszka tu nadal kilka moich koleżanek z dzieciństwa ze swoimi pociechami. Cóż się więc takiego stało, że podwórko jest puste?
Powodów można wskazać wiele. Od wirtualnej rzeczywistości po nieżyczliwych sąsiadów.  Moim zdaniem to nie jest wina wirtualnej rzeczywistości czy mediów, bo dziecko zawsze będzie wolało kontakt z drugim dzieckiem niż samotne tkwienie przed telewizorem czy komputerem. Winni jesteśmy my, rodzice. Czyż nie sprawdzamy chorobliwie bezpieczeństwa na placu zabaw i atestów urządzeń?  Sprawdzamy. Szukamy placów zabaw wyłożonych matami kauczukowymi, by nasze maleństwo przypadkiem nie nabiło sobie guza. Nie pamiętamy, że sami najchętniej wieszaliśmy się na nieatestowanych trzepakach. Czyż nie zabraniamy się bawić dzieciom ostrymi narzędziami? Zabraniamy. A tymczasem sami rżnęliśmy w pikuty, w "wojnę" lub po prostu rzucaliśmy do celu. I jakoś nic się nikomu nie stało. Przeżyliśmy. Czy nie chronimy pociech przed "złym towarzystwem"? Oczywiście, że tak. Tymczasem na naszym podwórku bawił się ramię w ramię syn pijaka, złote dziecko badylarza i córka profesora. I jakoś nie trafiliśmy wszyscy do jednej, więziennej celi. Ba, nawet większość z nas wyszła na ludzi. Czy nie chcemy chronić dzieci przed wszelkiej maści zboczeńcami? Chcemy. Tylko nie pamiętamy, że nasi rodzice też to robili. Uczyli, żeby nie rozmawiać  z obcymi, nie brać od nich słodyczy, nie chodzić nigdzie z osobami, których się dobrze nie zna. I tak robiliśmy. A nawet pilnowaliśmy się nawzajem i gdy działo się coś niepokojącego, biegliśmy zawiadomić dorosłych. Dlaczego więc naszym dzieciom budujemy szklaną klatkę i nie pozwalamy uczyć się życia oraz relacji społecznych w naturalnym środowisku, wśród różnych ludzi? Dlaczego chronimy je przed zdobywaniem doświadczenia na własnej skórze, kosztem guzów i pozdzieranych kolan? Dlaczego nie pozwalamy im być odpowiedzialnymi za siebie i swoich rówieśników? Nie mam pojęcia.

*  *  *  *  *
- Wow! Ale fajnie! Ciotka, gdzie ty się tego nauczyłaś? - podsumowała moja zmanierowana Siostrzenica, gdy wykonałam jedną z trzepakowych ewolucji na sprzęcie odnalezionym na jakimś  praskim podwórku.
- Jak to gdzie!? Na podwórku! Chodź, nauczę cię. 
I zawisłyśmy  jak dwa nietoperze głowami w dół.
Ku chwale podwórkowej edukacji.


piątek, 1 sierpnia 2014

Przerwana lekcja patriotyzmu

Był rok 2009. Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie do Teatru Kamienica, na pokaz specjalny spektaklu "Pamiętnik z powstania warszawskiego", skierowany do nauczycieli. Nie jestem entuzjastką filmów lekturowych i przedstawień dla szkół, gdyż jeszcze nie zdarzyło mi się, aby takie "dzieło" robione pod publiczkę uczniowską było coś warte, więc prychnęłam z dezaprobatą i wrzuciłam pisemko do notesu. Na szczęście zaproszenie należało do tych upartych i wypadło spomiędzy notatek, akurat w momencie, gdy miałam chwilę czasu, by się w nie wczytać. Jakież było moje zdziwienie, gdy wśród twórców przedstawienia zobaczyłam nazwisko Jurka Bielunasa. Oooo! Wiedziałam już, że to TRZEBA zobaczyć. 
Jeśli kiedykolwiek mieliście szansę współpracować z Jerzym (ja dostąpiłam tego zaszczytu podczas warsztatów na PWST we Wrocławiu) lub widzieliście jakiś reżyserowany przez niego spektakl - nie muszę wyjaśniać dlaczego. Niewtajemniczonym powiem, że Jerzy Bielunas jest dla mnie mistrzem reżyserii grupy, twórcą, który ma nieprzeciętny talent do tworzenia spektakli muzycznych tak, by nie były to słodziutkie musicale, ale mocne i wzruszające widowiska. Któż nie zna kultowych już  "Ballad morderców" (1998) Teatru K2 z Kingą Preis i Mariuszem Drężkiem w rolach głównych? Pamiętam, jak zobaczyłam ten spektakl po raz pierwszy. To był szok. Czułam się, jakbym znalazła się w psychice różnej maści psychopatów, jakbym znała i rozumiała ich motywacje. Świetnie przetłumaczone teksty Nicka Cave'a, w połączeniu z  dobrą gra aktorską i genialną reżyserią pozostawiły niezatarte wrażenie. Podobnie jak przygotowany przez Jerzego koncert - spektakl "Biała Flaga", dedykowany Grzegorzowi Ciechowskiemu. 
Zachęcona nazwiskiem reżysera wybrałam się do Teatru Kamienica, by zobaczyć, co można zrobić z jednym z najbardziej niescenicznych tekstów literatury polskiej - z "Pamiętnikiem z powstania warszawskiego" M. Białoszewskiego.
(Źródło: http://youtu.be/KezfTQYZ3Cw )
Okazało się, że to spektakl dyplomowy studentów IV roku Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. L. Solskiego we Wrocławiu, z mocną i dynamiczną muzyką Mateusza Pospieszalskiego. Na scenę nie wyszli znani aktorzy, ale młodzi ludzie, pewnie rówieśnicy powstańców.To, co zobaczyłam po prostu wcisnęło mnie w fotel - nagle tekst, który wydawał mi się zupełnie nieteatralny, ożył, temat sprzed 65 lat stał się aktualny, a emocje i decyzje warszawiaków - całkowicie zrozumiałe. Dynamika przedstawienia wręcz porywała z miejsc, chciało się biec i uczestniczyć w obronie miasta, przedzierać kanałami, budować barykady. Do głębi poruszały sceny bombardowań. Czuło się strach, jaki towarzyszył bohaterom, nadzieję, którą przynosiły modlitwy. Jednej sceny z tego spektaklu nie zapomnę do końca życia - sceny zniszczenia katedry warszawskiej. Za każdym razem, gdy siedziałam na widowni (a parę razy to było) miałam ściśnięte gardło i oczy pełne łez. Z reszta nie tylko ja. Wystarczyło się rozejrzeć wokół, by zobaczyć ludzi, którzy ukradkiem ścierali wzruszenie z policzków. Od tamtej pory katedra przestała być dla mnie tylko kolejnym zabytkowym kościołem. Stała się sercem miasta, symbolem jego tragedii i siły.
Spektakl widziałam jeszcze kilka razy, bo uparłam się w swojej szkole, że muszą go zobaczyć wszyscy. I zobaczyli. Starszemu pokoleniu się nie podobał, bo odzierał powstanie warszawskie z tej całej pompatycznej otoczki. Twierdzili, że zbyt dynamiczny, że muzyka za nowoczesna, że nie pokazuje wydarzeń "jak Bozia przykazała". Nie rozumiałam tego, bo to po prostu był Białoszewski, który pokazał historię przez pryzmat przeżyć cywilów. I dla mnie tym był ten spektakl - odnalezionymi gdzieś między wersami, wśród muzyki emocjami tamtych dni, jakże aktualnymi. 
Uczniowie byli zachwyceni. Nie tylko ci przyzwyczajeni do teatru, doszukujący się metafor i doceniający różnorodność wykorzystania scenografii, ale także ci, którzy na co dzień nie wychodzą poza palenie fajek i bieganie na Legię. Nowoczesna forma spektaklu do nich przemówiła, a w młodych aktorach odnaleźli siebie. 
- Ech, wie pani? Ja stąd nie wyjadę, jak mój brat do Niemiec - powiedział jeden z tych niezbyt błyskotliwych uczniów, gdy znaleźliśmy się po pokazie na rozświetlonej latarniami ulicy - to jest przecież moje miasto. Dzielne było, nie?
Przy okazji kolejnej wyprawy do teatru rozmawiałam z uczniami na temat sensu wybuchu powstania. Ku zgorszeniu towarzyszącego nam historyka młodzi ludzie wyrazili pogląd, że powstańcy byli bandą debili, no bo kto normalny pchałby się w taką zadymę. Po spektaklu ci sami ludzie podeszli do nas i powiedzieli, że nadal nie rozumieją sensu powstania, ale szanują ludzi, którzy się w to zaangażowali. 
- To byli dzielni ludzie, honorowi...Nie to, co my - podsumowała jedna z dziewczyn i rozgorzała dyskusja na temat tego, jak oni, dzisiejsi gimnazjaliści zachowaliby się, gdyby przyszło im iść na barykady. Jakie były wnioski? Cóż, historyk był kontent.
Spektakl Jurka Bielunasa pod zmienionym tytułem (Pamiętnik z powstania warszawskiego. Oratorium) i ze znanymi twarzami zamiast młodych aktorów uświetnił w 2009 r. obchody rocznicowe. Było głośno, nazwiska znane, impreza się odbyła, tylko to już nie było to samo widowisko, pełne niezwykłej energii młodych ludzi. Brakowało spontaniczności oraz kameralnej atmosfery teatralnej sali, w której każdy widz stawał oko w oko z historią i swoimi emocjami. 
Fety rocznicowe się skończyły i...spektakl zniknął. Nie wiem, czy powstało profesjonalne nagranie, w każdym razie ja się do niego nie dokopałam. Na YouTube krążą jakieś fragmenty Oratorium, ale poza reklamówką Teatru Kamienica i prywatnymi nagraniami studentów, nie natknęłam się na żaden ślad "Pamiętnika..." w wersji teatralnej. Zniknięcie tego przedstawienia z desek teatru to nasza, warszawiaków kolejna porażka. Spektakl, który tak mocno przemawia do młodego widza, który tak niezwykle zmienia perspektywę, tak silnie przybliża historię powinien być w repertuarze non stop, grany właśnie przez młodych aktorów dla kolejnych roczników uczniów "przerabiających" Białoszewskiego. Dlaczego "Metro" można grać nieustająco od 20. lat, a "Pamiętnik..." pojawił się na chwilę? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że zabrałabym do teatru kolejne pokolenia, którym przynoszę na lekcje płytę z przedstawienia i słuchamy razem zaśpiewanych tekstów Białoszewskiego. I zawsze pada to samo pytanie: Proszę pani,a gdzie to można zobaczyć? Hmmm... Nie można. A spektakl ten powinien być jak pałeczka w sztafecie, którą kolejne pokolenia podają sobie z rąk do rąk. Niestety, nie jest. 


Źródło: http://youtu.be/ShFenThtMUc?list=PLR9Z8Dk6Wszoi0YVfkc0OCiqXkVRxj2rb

wtorek, 29 lipca 2014

Prawo sumienia


Rzeczywistość co chwila mnie czymś zaskakuje. Gdy już mi się wydaje, że głupota wokół mnie sięgnęła zenitu i po prostu dalej się nie da, wujek Albert rozdziawia szeroko paszczę w uśmiechu i ryczy z nieba: "A nie mówiłem?"


Kiedy kilka dni temu przeczytałam o "Deklaracji wiary i sumienia nauczycieli polskich" autorstwa blogera Janusza Górzyńskiego, uznałam to za żart. No bo kto normalny w demokratycznym państwie, w XXI w. wpadłby na pomysł, by nakłaniać pedagogów do podpisywania dokumentów rodem ze Świętej Inkwizycji, zagrażających fundamentalnym prawom człowieka o konstytucji RP nie wspominając (Każdy człowiek ma prawo wolności myśli, sumienia i wyznania oraz Krzewi ono [nauczanie] zrozumienie, tolerancję i przyjaźń między wszystkimi narodami, grupami rasowymi lub religijnymi)? A jednak wpadł. Ba! Znalazł nawet rzesze zwolenników. Także w środowisku nauczycieli. Żarty się skończyły.

W sumie żarty się skończyły bardzo dawno, gdy do szkół wprowadzono lekcje religii, a w salach powieszono krzyże. Prywatnie, jako osoba wierząca, nie mam nic przeciwko temu, jednak jako nauczyciel uważam, że szkoła powinna pozostać świecka. Religia czy wiara to prywatna sprawa każdego człowieka i nikt nikomu nie zabrania praktykowania swoich przekonań - noszenia medalika, uczestnictwa w nabożeństwach, modlitwy, spotkań wyznaniowych. Nie trzeba tego jednak przenosić w miejsca, w których stykają się ludzie o różnych przekonaniach,  innego wyznania, którzy także m_a_j_ą  p_r_a_w_o do wolności wyznania. 
A to prawo notorycznie jest łamane np. podczas rekolekcji czy spotkań świątecznych. Bo jak inaczej nazwać przymus uczestnictwa w rekolekcjach, czy też spotkaniach wigilijnych, które rozpoczynane są modlitwą? Kiedyś moja koleżanka, ateistka, zaprotestowała i oświadczyła, że nie pójdzie z młodzieżą na rekolekcje. Usłyszała od dyrektora, że to jej psi obowiązek, bo jest przede wszystkim wychowawcą, a swoje przekonania religijne ma zostawić poza bramą szkoły. Szkoda, że wszyscy inni również ich nie zostawili. Byłoby prościej.
A uczestniczenie we mszy na początku roku szkolnego traktowane jako obowiązek zawodowy? I nie mówię tu wcale o szkołach prywatnych, wyznaniowych. Na jakimś szkoleniu nauczycielskim jedna z uczestniczek, protestantka, mówiła o tym, że dyrektor obciął jej dodatek motywacyjny właśnie za to, że odmówiła udziału we mszach św. Argumentacja była podobna - jest pani opiekunem i wychowawcą i nie wolno pani zostawić dzieci bez opieki podczas nabożeństwa. Mało tego - nauczycielka miała stać w kościele obok swojej klasy i "dawać przykład". Czego? Chyba tylko obłudy.
Szkoła to nie miejsce na demonstrowanie swoich poglądów. To przestrzeń na pokazywanie dróg, poszukiwanie rozwiązań i refleksję nad ich wartością. To przestrzeń na dyskusję o wyborach człowieka (jakże różnych) i zadawanie pytań, na które nie zawsze znajduje się jednoznaczne odpowiedzi, zwłaszcza w dzisiejszym zróżnicowanym świecie. Powinno się rozmawiać z uczniami o różnych rzeczach, pokazywać im całe spectrum rozwiązań i uczyć mądrych wyborów. Takich, które oparte są na analizie możliwości i wartości, biorą pod uwagę wszystkie "za" i "przeciw", a nie są wymuszone przez odgórne wyznaczniki religijne.
Kiedy omawiam z uczniami Biblię (na polskim, dla jasności), zawsze stykam się z tym samym -lawiną pytań o charakterze prowokacyjnym. "Proszę pani, a jak to możliwe, by dziewica urodziła dziecko?", "A jak się ma stworzenie świata do teorii Darwina?", "A to zmartwychwstanie? To jakaś ściema!". Dla mnie to jednoznaczny sygnał - uczniowie pragną dyskusji na tematy, które ich interesują, które są im podawane w formie dogmatów, nie wyjaśniane. Zgodnie jednak ze swoimi przekonaniami (i nie podpisywałam żadnej klauzuli sumienia) mówię dzieciakom, że na języku polskim traktujemy Biblię jak książkę i nie roztrząsamy, czy to, co jest w niej napisane jest prawdą czy mitem. Dzięki takiej postawie - mam na zajęciach fajne dyskusje, bez skakania sobie do oczu osób wierzących i ateistów. Analizujemy postawy bohaterów, bez nabożnego szacunku, oceniamy ich czyny przez pryzmat ludzkich wartości, a nie dogmatów i autorytetów. Można? Można.
Mam nadzieję, że  "Deklaracja wiary i sumienia nauczycieli polskich" zostanie na etapie projektu i nikomu nie przyjdzie do głowy, by wcielać to w życie. Tak, jak w przypadku lekarzy, tak i tu nie przyniesie ona niczego dobrego, prócz absurdalnego podziału w społeczeństwie. Absurdalnego, bo przecież wszyscy, niezależnie od naszych decyzji życiowych czy poglądów wyznajemy podobne wartości i pracujemy dla drugiego człowieka, mając na uwadze jego dobro. 


      "Zostawmy ziemi ciężar stóp 
      A niebu jego niebieskość"
      Jonasz Kofta








poniedziałek, 28 lipca 2014

Kosmiczny pomysł na matematykę

Czy nie macie czasem wrażenia, że istoty zasiadające we wszelakich instytucjach oświatowych pochodzą z innej, odległej planety? Ba! Galaktyki!?  Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że zachowują się tak, jakby dopiero co zostały zrzucone na Ziemię i za wszelką cenę starały się a) wprowadzić własne kosmiczne porządki b) wyważać dawno otwarte drzwi c) pokombinować coś z czasem i dostosować zmieniający się świat do swoich wyobrażeń sprzed tysiąca lat świetlnych. 
- Masz, czytaj - psiapsióła podsunęła mi pod nos artykuł o wynikach matury z matematyki - to skandal.
- Matura?
- Nie, pomysły naszych władz oświatowych.
Przeczytałam i dowiedziałam się, że za niskie wyniki naszych wybitnych maturzystów odpowiedzialni są...nauczyciele. Ano. To my źle uczymy, nie mamy odpowiednich kompetencji i zniechęcamy biedne dzieciątka do nauki. Dlatego też trzeba zwalić na łeb nauczycielom kolejne absurdalne szkolenia, za które jakaś szycha zgarnie grubą kasę. To tak w skrócie.
Spojrzałam na Ewkę. Hmmm...już na pierwszy rzut oka widać było, że jest winna. Niska, niepozorna blondyneczka. Co ona może wiedzieć o matematyce? A te jej studia? Książka o metodyce nauczania przedmiotów ścisłych, która, wydana w Holandii, robi tam furorę, jako jeden z najciekawszych pomysłów pedagogicznych? Na świadków oskarżenia można jeszcze powołać tych wszystkich olimpijczyków i laureatów konkursów, których ma na koncie. No ale co to kogo obchodzi. Raport MEN-u prawdę Ci powie. Ewka jest niedokształconą paniusią od matematyki i tyle.
Ile jest takich Ewek? Nie mam pojęcia. Osobiście znam ich naprawdę wiele. Świetnie przygotowani, twórczy pedagodzy, pełni pasji i zaangażowania, poszukujący nowych metod w zmieniającej się rzeczywistości. Są też matematycy - rzemieślnicy, których również bardzo cenię. Nie mają tego błysku w oku, inwencji pedagogicznej, ale doskonale uczą i tłumaczą wszelkie matematyczne zagadnienia. A że pracują metodami tradycyjnymi? To nie grzech. Oczywiście, jak w każdym zawodzie i tu zdarzają się  pomyłki - ludzie przypadkowi, nienadający się do danej profesji, ale nie sądzę, by było ich aż tylu, by w znaczący sposób wpływać na ogólnopolskie wyniki matur. W każdym razie wszyscy oni, niezależnie od swoich zdolności i "kompetencji", trafiają do klasy, gdzie przychodzi im się zmierzyć z trzydziestką dzieciaków o różnych możliwościach, dysfunkcjach  i rozmaitym "zapleczu" domowym. Tę bandę łączy jedno - coraz bardziej powszechna dziś niechęć do wysiłku. A matematyka to niestety wymagająca dziedzina. Tu nie wystarczy coś tam przeczytać, poobserwować, zrobić jedno zadanko na kolanie. Nie. Tu trzeba wkuć na blachę tabliczkę mnożenia. Znać wzory. Pamiętać zależności. A na koniec  usiąść na tyłku i rozwiązać mozolnie setki zadań. Komu by się chciało?
Nawet najlepszy nauczyciel, dysponujący najnowocześniejszymi pomocami dydaktycznymi nie nauczy matematyki w klasie trzydziestoosobowej  przez 45 minut. Tu potrzeba współpracy z domem, motywowania przez rodziców, pilnowania, by dziecko zrobiło pracę domową, by nauczyło się porządnie tabliczki mnożenia. I to od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Potem na wyrabianie nawyków jest już za późno.
Do starszych klas szkoły podstawowej idą dzieci, które nie potrafią podstawowych rzeczy - czasem nawet dodawać i odejmować, o mnożeniu nie wspomnę. Trafiają do klasy IV, bo przecież nie można zostawić dziecka na drugi rok w nauczaniu początkowym bez zgody rodziców. A rodzice są różni. Ci rozsądni się zgodzą na drugoroczność  lub zaangażują w pomoc potomkowi. A reszta idzie dalej. Tu pojawia się problem zniechęcenia - kończą się oceny opisowe i dzieciaki zaczynają dostawać stopnie. Materiał jest coraz trudniejszy, braki coraz większe i coraz trudniej jest cokolwiek zrozumieć, gdy się nie ma wiedzy bazowej. Przestaje się odrabiać prace domowe, bo po prostu się nie chce lub nie potrafi się ich samodzielnie zrobić. Uczniowie łapią jakieś pojedyncze dobre oceny, zaliczają wyrwane z matematycznego kontekstu fragmenty materiału, przepisują zadania z internetu, aby zdać. I taka zabawa trwa przez całą szkołę podstawową i gimnazjum. A co z egzaminami? Nic. Egzaminów na poziomie klasy szóstej i gimnazjum nie da się przecież nie zdać. Wystarczy przyjść, podpisać arkusz i można w ogóle nie rozwiązywać zawartych w nim zadań. Można mieć 0 punktów z części matematycznej i kontynuować naukę na wyższym poziomie. Dopiero matury można nie zdać. I nagle się okazuje, że co czwarty maturzysta nie zalicza matematyki... MEN się budzi! I zamiast przyjrzeć się systemowi, który zdejmuje z dzieci odpowiedzialność za własną naukę i postępy, zwala wszystko na karb złego przygotowania merytorycznego nauczycieli.

Pamiętam, że matematyka była także moją zmorą. Nienawidziłam tego przedmiotu, bo musiałam mu poświęcać mnóstwo czasu. Miałam za nauczycieli takie Ewki, matematycznych wariatów, którzy potrafili wytłumaczyć najtrudniejsze zagadnienia, jednak gro pracy wykonywałam sama (lub z rodzicami) w domu. Zamiast grać na komputerze, bawić się z koleżankami, czytać książki - dziergałam słupki i zadania. By wyćwiczyć, by utrwalić. Z perspektywy dziecka, to był koszmar i pewnie gdyby rodzice odpuścili i mnie nie pilnowali - skończyłabym z niezdaną maturą. Jednak trud się opłacił, bo w pewnym momencie pokochałam ten przedmiot. Okazało się, że rozwiązywanie zadań może sprawiać frajdę, że można samemu dojść do rozwiązania problemu, że to wszystko jest łatwe i logiczne. Pod koniec szkoły podstawowej brałam nawet udział w olimpiadzie matematycznej... . Czy stresowałam się egzaminami do szkoły średniej? Tak, ale bardziej tymi z języka polskiego :). Ja, humanistka...

PS. Po zastanowieniu: pomysł MEN-u, by dokształcić nauczycieli matematyki może nie jest taki zły, o ile kolejna reforma oświaty nałoży na pedagogów obowiązek rozwiązywania arkuszy maturalnych za swoich uczniów. Same korzyści. Warto rozważyć. 

sobota, 26 lipca 2014

Nie mój cyrk, nie moje małpy.

- Co ty mi tu gadasz? - ryknęła na mnie moja Młodsza Siostra, która jeszcze przed chwilą przyszła do mnie bliska płaczu, błagając o radę w sprawie Młodego - Nie będziesz mi się tu wtrącać. Co ty możesz wiedzieć? To jest m_o_j_e  d_z_i_e_c_k_o!
No i proszę. Argument wszech czasów.

"Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania" (art. 48 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej  )

Moim zdaniem prawo rodziców do wychowania dziecka to jedna z najtrudniejszych kwestii we współczesnym świecie, tak dla rodziców, jak i dla wszystkich, którzy z rodzicami i ich pociechami mają do czynienia - nauczycieli, sąsiadów, sióstr, babć, pielęgniarek itd...itd...Współczesne społeczeństwo dało rodzicom niepodważalne prawo do wychowania swoich dzieci według własnego widzimisię. Mogą decydować o wszystkim, a wszelkie ingerencje osób zewnętrznych w ich pomysły na wychowanie, przyjmowane są wrogo. Ileż to razy słyszałam w swojej pracy: "To moje dziecko i pani nic do tego"? Ileż razy "walczyliśmy" z rodzicami, którzy zapatrzeni w swoje pociechy nie widzieli problemu narkotyków, wagarów, prostytucji... Wystarczy włączyć telewizję, by zobaczyć przykłady przekraczania prawa rodziców do dzieci. I wtedy pojawia się pytanie, gdzie byli inni ludzie? Sąsiedzi, pedagodzy, służby społeczne? Dlaczego nie reagowali? A no może dlatego, że gdy próbowali, te same media zarzuciły im "ingerencję w prawa rodziców"? Może dlatego, że agresywna matka nawrzeszczała w szkole na nauczycielkę, zagroziła kuratorem, a na koniec dodała "uświęcony" tekst: "to jest moje dziecko".  I koniec dyskusji. 
A dyskusja tutaj właśnie powinna się zacząć. Na poziomie mniej drastycznych sytuacji, na poziomie codziennych spotkań z rodzicami, takich jak moje i Siostry. Z jednej strony stoi mama - osoba najbliższa dziecku, kochająca je ponad życie i pragnąca wyłącznie jego dobra. Ktoś, kto intuicyjnie wie, co jest dla pociechy najlepsze. Jednocześnie jest to jednak osoba patrząca na swoją latorośl bardzo subiektywnie, często niezauważająca niektórych "oblicz" swojego dziecka, nie potrafiąca z racji bycia matką złapać dystansu. Z drugiej stoi ciotka (babcia, sąsiadka, pani w przedszkolu, inna mama itd...) - osoba patrząca na sytuację z dystansu, widząca błędy, oceniająca sprawy na chłodno, bez silnych emocji. Często jest to ktoś bardzo życzliwy matce i dziecku, bliski i pragnący ich dobra. 
I kto tu ma rację? Oczywiście nikt. Cała mądrość leży jak zawsze po środku, w umiejętności przyjęcia argumentów drugiej strony i rozważenia ich. Najtrudniejszym zadaniem rodziców jest nauczenie się słuchania innych, bez przesadnego nadymania się i oskarżania o wtrącanie się w nie swoje sprawy. I nie mówię tu o sytuacjach, gdy nawiedzona sąsiadka koniecznie namawia nas na posyłanie dziecka do kościoła, podczas gdy my jesteśmy buddystami lub gdy babcia wpycha w naszą pociechę kolejnego kotlecika. Wtedy zdecydowanie asertywność jest na miejscu. Mówię tu o sytuacjach, gdy "głupia ciotka" zauważa, że jej czteroletni siostrzeniec zaczyna mieć symptomy uzależnienia od telewizji, gdy "nadopiekuńcza babcia" wspomina, że niekonsekwencja rodziców szkodzi jej wnukowi, gdy "ta głupia koza" w przedszkolu sugeruje, że córeczka jest zbyt nieporadna jak na swój wiek. Prawdopodobnie żadna z tych osób nie chce podważyć kompetencji rodzica ani też mu dokopać. Po prostu z zewnątrz widzi się więcej i czasem można zapobiec jakiemuś poważnemu problemowi. Trzeba też mieć świadomość, że ludzie wokół nas mają różne doświadczenia, a czasem też wiedzę, której nam, rodzicom, brakuje. Teściowa wychowała swoje dzieci i może chce nas ustrzec przed swoimi błędami? Nauczyciel wie więcej o psychologii niż my i na pewno widział podobne przypadki, więc czemu nie skorzystać z jego doświadczeń?  I tu leży mądrość rodzica, by znaleźć granicę między wtrącaniem się, a konstruktywną pomocą.
Druga strona natomiast musi przyjąć, iż to nie my jesteśmy rodzicami i nie my odpowiadamy za wychowanie małego człowieka. Nie wolno nam ingerować w sprawy błahe, które nie zagrażają ani dziecku ani rodzinie.   Mnie osobiście pomaga stare powiedzonko - "nie mój cyrk, nie moje małpy" - nie ja decyduję w jakiej klatce siedzą, jakie zabawki się im daje, co dostają do miski, ale mogę zareagować, gdy widzę, że dzieje im się krzywda lub coś im zagraża. Mamy moralny obowiązek zwrócić rodzicowi uwagę na problem, który widzimy, wskazać jego konsekwencje. Możemy powiedzieć mu o błędach, które dostrzegamy w jego działaniach i naszych doświadczeniach z tym związanych. Jeśli trafimy na rozsądną osobę, można będzie nawiązać dialog i połączyć nasz obiektywizm, z jego miłością i "władzą" sprawczą. I to jest chyba klucz do działania "dla dobra dziecka".


wtorek, 22 lipca 2014

Mama Nieprzystosowana

Telefon zadzwonił niespodziewanie, wczesnym popołudniem.
- Ratuj, bo ja tu o_s_z_a_l_e_j_ę - usłyszałam w słuchawce zdenerwowany głos Grażynki - ta gówniara mnie wykończy! Zocha! Przestań w końcu ryczeć! Ale już - wydarła się moja koleżanka gdzieś za siebie.
Już? - pomyślałam - dawałyśmy jej  5 dni. Dziś był dopiero trzeci.
Grażynka to jedna z tych kobiet stworzonych do rzeczy wyższych. Pracuje w jednej z największych agencji reklamowych, na wysokim stanowisku, uwielbia wystawne przyjęcia i weekendy w spa. No, przy okazji ma też w życiu psa i dziecko, dokładnie w tej kolejności. Ponieważ i ona i mąż pracują do późna, Zofią (albo jak mawia Grażynka Sofiją) zajmuje się niania, ciocia Ania. Oczywiście także w soboty, bo przecież Grażynka musi mieć czas dla siebie, na wycieczki z mężem i eleganckie kolacje. No i są jeszcze dziadkowie, którzy z ochota porywają małą na weekendy, wyznaczając precyzyjnie grafik, aby nikt nie był poszkodowany w kontakcie z wnuczką. Tak więc, jak kiedyś policzyłyśmy przy flaszce dobrego wina, Grażynka spędza z córką maksymalnie 2 godziny dziennie. Jakież było nasze zadziwienie, gdy miesiąc temu oświadczyła nam, że zamierza spędzić urlop z Zosią, w domku pod Warszawą.
- Pani Ania chce wziąć urlop, moi rodzice jadą do Grecji, a teściowie nad morze. Chcę spędzić ten czas z Sofiją - orzekła Grażynka
- A co ty będziesz z nią robić, przez bite 2 tygodnie? - spytała Kryśka
- Może w końcu zacznę ją uczyć hiszpańskiego? Drugi język w wieku 5 lat to chyba nie za późno? - zaniepokoiła się Grażynka
- Nieeee... - uspokoiła ją Baśka, a my w milczącym porozumieniu wypiłyśmy kolejny łyk kawy.
- Daję jej tydzień - powiedziała Baśka, gdy Grażynka opuściła moje małe mieszkanko, tłumacząc się kolejnym spotkaniem.
- No co ty! Wytrzyma maksymalnie 5 dni - orzekłyśmy z Kryśką.
Tymczasem minęły trzy, a Grażynka już bliska była obłędu.
- Przyjeżdżaj - zarządziła i odłożyła słuchawkę.

- Ja chcę do cioci...buuuu... - wyła mała Zosia, gdy przekroczyłam próg wiejskiej posiadłości mojej koleżanki.
- Sofijo, mamusia tu jest... i ma nowa lalkę dla ciebie - Grażynka próbowała zachować resztkę spokoju i wkupić się we względy małej piękną i chyba bardzo droga lalką, raczej wersją kolekcjonerską niż dziecięcą.
- Nie chcę lalki - ryknęło dziecko - ja chcę do cioci Ani, buuuuuu...
- A rycz sobie do woli - poddała się Grażynka i trzasnęła drzwiami zostawiając mnie w pokoiku wraz z dziewczynką.
- Chodź, poczytamy książeczkę - powiedziałam i usiadłam w fotelu. Mała chlipiąc usadowiła się na poduchach, na podłodze. Na szczęście Zosia była tak zmęczona płaczem, że po chwili czytania zasnęła. Zeszłam na dół, do Grażynki.
- Co się stało? - zapytałam i to był mój błąd, bo Grażynka całkowicie się rozhisteryzowała.
- Nie mam siły do tego dziecka - płakała - Nic jej nie pasuje. Ciągle płacze albo marudzi. Nic nie mogę zrobić - ani poczytać, ani się poopalać, ani pogadać przez skypa. Obłęd jakiś!
- Masz małe dziecko. To normalne - próbowałam tłumaczyć
- Normalne?  - oburzyła się Grażynka - To ma być normalne, że zamiast cieszyć się z wakacji z mamą Sofija ciągle płacze i chce do tej Anki?
- Tak. Mała tęskni. Nie zaprzeczysz chyba, że większość czasu spędza z panią Anią. Jej się tu nudzi po prostu. Chce się bawić.
- Ale co ja mam zrobić? - rozłożyła bezradnie ręce Grażynka - Próbowałam ja uczyć hiszpańskiego, ale jak ja mam ją czegoś nauczyć, jak ona ciągle się kręci i rozprasza? Kupiłam jej nową lalkę, to widziałaś, co z tego było. Zabrałam na lody, to mi powiedziała, że nie lubi truskawkowych i odmówiła zjedzenia. Ja się nie nadaję na matkę - podsumowała.
Już jej miałam przyznać rację, ale gdy spojrzałam na tę bezradna kobietę zrobiło mi się jej żal.
- Nie martw się. Coś poradzimy. Masz ziemniaki?
- Mam - odpowiedziała zdziwiona Grażynka.
- A znajdziesz jakąś niepotrzebną deskę do krojenia? Drewnianą?

Kiedy Zosia zeszła na dół, wzięłyśmy ziemniaki i zrobiłyśmy z nich stemple. Najpierw mała bawiła się w tworzenie stempelkowych wzorów na kartkach. Później dałyśmy jej deskę i pozwoliłyśmy ozdabiać ją wyciętymi w ziemniakach wzorami. Stemple zrobiłyśmy razem, a gdy Zosia pochłonięta była zdobieniem deski, my miałyśmy sporo czasu na wypicie kawy.
- Widzisz, jakie to proste - powiedziałam, gdy sączyłyśmy kawę patrząc na skupiona minę dziecka - wystarczy trochę wyobraźni i rzeczy, które możecie robić razem.
- Nie wystarczy - westchnęła Grażynka - musisz mi zostawić instrukcję, co ja mam z nia robić.
Zostawiłam. Może nie instrukcję, ale spis kilku zabaw dla matki i córki. Efekt był taki, że Zosia już więcej nie pytała o ciocię Anię, a Grażynka... No cóż, chyba nasza koleżanka zmieni tryb życia, bo dotarło do niej, że dziecko to nie zabawka, którą można się pobawić wtedy, gdy jest nam wygodnie i mamy ochotę.

ZABAWY DLA ZOSI (lat 5):
1. Wybierzcie się na spacer z koszyczkiem na skarby i nazbierajcie różnych darów natury - listków, kwiatków, kamyczków, kory, mchu, patyczków itp. W domu weźcie kawałek tektury i klej. Przyklejajcie przyniesione przedmioty tworząc własne obrazy.

2. Zróbcie masę solną wg przepisu:
  • szklanka mąki,
  • szklanka soli,
  • 125 ml wody
  • 2 łyżki rozpuszczonego wcześniej kleju do tapet  
 Świetną zabawą jest już samo zagniatanie ciasta. Gdy masa jest gotowa, możecie z niej ulepić figurki lub... zrobić ozdoby na choinkę, wycinając z ciasta kształty foremkami do ciasteczek. Rzeźby można pomalować farbkami wodnymi.
Zosia i Grażynka zrobiły serduszka na choinkę oraz biżuterię dla lalek :)

3. Ukryj w ogrodzie skarb (np. torbę z cukierkami), a następnie przygotuj wskazówki, które pozwolą dotrzeć do skarbu. Wskazówki mogą łączyć się z zadaniami do wykonania, tak aby zadanie było dopiero kolejnym krokiem w stronę skarbu. Ukochana zabawa wszystkich dzieciaków ;)

4.  Nadmuchajcie balony, a następnie wypuście z nich powietrze. Do balonów przy pomocy lejka wsypcie mąkę i trochę wody, by maka się uplastyczniła. Zawiążcie balony i zróbcie  z nich śmieszne głowy. Możecie pomalować twarze ;)

5. Zróbcie teatrzyk ze starych rękawiczek. Poucinaj palce od rękawiczek do zmywania. Flamastrem narysujcie twarze. Pacynki można też ozdobić cekinami, wstążeczkami, kawałkami sznurka, guziczkami itp. Możecie np. wystawić bajkę o Kopciuszku i nagrać ją na video.

6. Zróbcie wizytówkę na drzwi dziecięcego pokoju. Na tekturze / deseczce napisz dziecku tekst, który chce, aby był na wizytówce. Na liniach naklejcie makaron o różnych kształtach. Można też tą samą technika stworzyć makaronowe obrazy. Można też zabarwić makaron barwnikami spożywczymi.

7. Starą patelnię napełnijcie ziemią i posadźcie w niej malutkie roślinki (latem bez trudu można kupić takie sadzonki za grosze na jakimś targu). Stwórzcie magiczny ogród, korzystając z kamyków, kawałków lusterek, miniaturowych zabawek

czwartek, 17 lipca 2014

JAK PAN ŚMIE!

Na spotkania na Saskiej Kępie przybyłam wcześniej, więc postanowiłam poczekać na znajomego w małej, spokojnej kawiarence, która odwiedzam od lat. O tak, chłodny sok i książka - idealne miejsce. Jest dość ciasno i jakoś dziwnie głośno. Myślę o rezygnacji z soku, ale wizja czekania na kumpla na ulicy, w skwarze popołudnia średnio mi się uśmiecha. Kątem oka wyszukuję wolne miejsce - hmmm...jakaś starsza para, dwie psiapsióły, dzieci jedzące lody (na oko 7-8 lat), jacyś faceci omawiający interesy, tatuś z dwiema córkami. Standard, a jednak...
Próbuję usiąść przy jedynym wolnym stoliku, niedaleko Psiapsiółek, tuż obok rozwalonego na podłodze psa znacznych rozmiarów, niewątpliwej własności jednej z wyżej wymienionych. Kawiarenka jest mała,  psisko toruje całkowicie przejście, a ja nie mam odwagi, by zrobić krok przez zwierza bez kagańca. Moje przepraszam pozostaje bez reakcji, podobnie jak próba ominięcia psa. Siedząca obok starsza para wymownie wskazuje młodziuteńkiej kelnerce przyklejony na szybie "zakaz wprowadzania zwierząt", ale dziewczyna tylko bezradnie rozkłada ręce. W końcu udaje mi się dogadać z psem (Psiapsióła 1 nadal nie widzi świata poza swoją interlokutorką) i usiąść przy stoliku. Tak, zdecydowanie zwierzęta są mądrzejsze od ludzi... Chwilę później okazuje się, że pies to nie jedyna własność Psiapsiół. Jest jeszcze trójka dzieci, które dotychczas zajadały lody. No ale lody się skończyły, a siedzenie w kawiarni i gadanie o kurortach jak wiadomo nie jest ulubionym zajęciem małolatów. Tak...moje marzenia o spokojnym poczytaniu książki odeszły w niebyt. Na początek dzieci w euforycznej zabawie rozwaliły wszystkie serwetki ganiając się miedzy stolikami i rzucając w siebie papierowymi kulami. Pociskiem dostał oczywiście także jeden z biznesmenów i tatuś, a starszej pani serwetkowa kula wylądowała w kawie. Oczywiście zero reakcji ze strony Psiapsiół. Zajęte plotami w ogóle nie widziały, nie słyszały i "nie miały" ze sobą dzieci. Ktoś zwraca uwagę. O! Będzie reakcja! "Jasiu, uspokój się" - mówi w powietrze Psiapsióła 2 i wraca do rozmowy w ogóle nie zwracając uwagi na reakcję Jasia, który oczywiście nic sobie nie robi ze słów matki i zaczyna trenować skoki w dal, ze schodów na śliską posadzkę przy drzwiach. Dołączają się pozostałe dwa bachory. Wrzask. Kelnereczka patrzy na sytuację z przerażeniem i widać, że nie bardzo wie, co ma zrobić. To chyba jej pierwsza praca. Goście kawiarni spoglądają po sobie - buduje się porozumienie. Co chwila Psiapsióła 1 lub Psiapsióła 2 nie przerywając rozmowy rzuca w powietrze "Jasiu, ciszej" / "Marysiu, uspokój się", co oczywiście nie pociąga za sobą żadnych skutków... W końcu nie wytrzymuje tatuś, którego dwie malutkie córeczki grzecznie wcinają lody i ostrym głosem wydaje rozkaz "Siadać do stolika i cisza". Ooooo... Psiapsióły przerwały rozmowę. Awantura gotowa. "Jak pan śmie krzyczeć na moje dzieci?!" "Co panu przeszkadza? Dzieci się bawią!" itp.itd. Na sali pojawia się kierownik kawiarni i zdecydowanie wyprasza Psiapsióły wraz z psem i dziećmi. "Pan pożałuje" - drze się Psiapsióła 2 - "Ja jestem dziennikarką, ja pana zniszczę. Napiszę, że pana kawiarnia jest nieprzyjazna mamom z dziećmi". I chwała Bogu - myślę - może pojawi się znaczek "zakaz wprowadzania dzieci".
*  *  *
Bardzo cenię wszelakie instytucje, które propagują aktywność mam z dziećmi, ale ostatnio coraz częściej jestem świadkiem zjawisk podobnych do tych opisanych powyżej. Rodzice są przekonani, że wszyscy wokół muszą z euforią znosić wybryki ich dzieci, że każde zachowane można usprawiedliwić stwierdzeniem "przecież to tylko dziecko". Osobom zwracającym uwagę zarzuca się brak tolerancji lub wręcz posądza się je o dyskryminacje rodziców. A co jeśli ktoś na co dzień pracuje np. w przedszkolu i ma ochotę wypić sobie w spokoju kawę, w miejscu, które nie jest przystosowane do dziecięcych zabaw, ba - wcale nie pretenduje do miana miejsca przyjaznego dzieciom? Niedługo będzie mógł to zrobić wyłącznie we własnym domu. W imię tolerancji.

piątek, 2 maja 2014

Różewicz pod kluczem

Tuż przed majówką zadzwonił telefon. Szlag. Coś mnie podkusiło, żeby odebrać. Po drugiej stronie Szefowa. Niby prywatnie..."a co słychać...a jakie plany na majówkę...no wiesz, bo jest sprawa". Sprawa zabrzmiała złowrogo i okazała się być osiemnastolatkiem tuż przed maturą. Zgodnie z powszechnym zwyczajem majówkowym moja asertywność wzięła sobie wolne, więc 1. maja zamiast leżeć odłogiem, zaprosiłam "sprawę" na konsultacje.
Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach pojawił się rozgarnięty młodzieniec z bukietem bzu i od progu zaczął litanię dziękczynno - przepraszającą. Zaproponowałam tiramisu. Okazało się, że Sprawa jest ginącym gatunkiem maturzystów, którzy mają przeczytane wszystkie lektury, znają trochę historii i mają sprecyzowane zainteresowania. Po co więc ta cała akcja powtórki przed maturą z polskiego?
- No bo wie pani... Ja nie umiem pisać wypracowań maturalnych - zwierzył się Sprawa.
Masz ci los! - pomyślałam - niewątpliwie klasnę, machnę czarodziejską różdżka i gościa oświeci. Dlaczego wszyscy sobie wyobrażają, że można kogoś nauczyć pisania sensownych prac w pół godziny?
Już miałam się oburzyć i podziękować Sprawie za współpracę, gdy ten podsunął mi pod nos swoje wypracowanie nieśmiało informując, że przyniósł coś na próbę. Zaczęłam czytać i z każdym akapitem moja żuchwa coraz mocniej odczuwała działanie grawitacji. Miałam przed sobą całkiem zgrabny esej teoretyczno -  literacki.
Gdy już minął pierwszy szok, popatrzyłam na maturzystę i stwierdziłam:
- Nie rozumiem, w czym mogę pomóc...
- Nie umiem pisać wypracowań - powiedział Sprawa - Bo wie pani, w gimnazjum to wszystko było jasne: rozprawka, charakterystyka, esej. A tu - każą pisać jakieś wypracowania i co nie napiszę, to jest źle. Interpretować też nie potrafię - dodał.
- No nie gadaj - roześmiałam się wymachując wypracowaniem  - to kawał ciekawej interpretacji!
- Możliwe, ale oceniony na 7. punktów - Sprawa pokazał mi kartę oceny pracy - nie umiem trafić w klucz.
I wszystko jasne. Resztę słonecznego, majowego dnia poświęciłam na idiotyczną czynność wciskania w schemat jednostki o niewątpliwym talencie humanistycznym. 

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *
Klucz -  bóstwo, przed którym płaszczą się pedagodzy i drżą  abiturienci. Wszystko ma być pod linijkę, jednakowe. Wszyscy maja odpowiadać tak samo, niezależnie czy są uzdolnieni matematycznie, czy artystycznie i trafiać w tok myślenia twórców zadań. Pozostaje tylko pytanie, po co? Czy rzeczywiście dowodem dojrzałości jest schematyczne myślenie i trafianie w czyjeś wyobrażenia? Czy też raczej umiejętność czytania literatury i logiczna analiza, nie zawsze kompatybilna z tradycyjnymi opracowaniami? Po co ludzkość stworzyła poezję? Po to, by czytać ją według klucza, czy też po to, by odnajdywać w niej własne emocje i doświadczenia? 
Moim zdaniem odpowiedź jest jasna i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego system oświaty nawet tak prostą sprawę potrafi skomplikować do granic absurdu. Zamiast uczyć ludzi obcowania z literaturą, pokazywać, że poezja to nie jakiś dziwaczny twór, ale sposób na wyrażanie swoich emocji,  zamiast podkreślać aktualność tekstów, odrywa je od  rzeczywistości i sprawia, że młodzi ludzie boją się je czytać "po swojemu". Tym sposobem kolejne pokolenia "zaliczają" maturę, ale coraz mniej ludzi czyta i rozumie poezję czy literaturę wymagającą umiejętności deszyfracji metafory.
W mojej pracy zdarzyła mi się pewna "wpadka". Chcąc ciekawie wprowadzić wiersz wojenny Tadeusza Różewicza, poprosiłam swoich uczniów, by napisali, jak wyobrażają sobie siebie za kilka lat. Mieli rozwinąć temat: "Mam 24 lata..." i przedstawić, co robią, do czego doszli, jak wygląda ich świat. Wyjście z własnego doświadczenia, spowodowało, że młodzież przeczytała wiersz "Ocalony" bez kontekstu wojennego. Mnie, staremu belfrowi, nie wpadło do pustego łba, że połączenie Różewicz - Ocalony - II wojna światowa wcale nie jest oczywiste. I można by było pomyśleć, że lekcja się posypała, a ja nie osiągnęłam "zamierzonego celu edukacyjnego". Nic bardziej mylnego. Może trudno w to uwierzyć, ale wyżej wymieniony wiersz, wyjęty z kontekstu, okazał się niezwykle aktualny i poruszył młodych ludzi bardziej niż tradycyjna interpretacja. Mało tego. Zrobiliśmy dwie interpretacje - osadzoną w kontekście historycznym i tę naszą, "wpadkową", podyskutowaliśmy o roli poezji, o kondycji człowieka wtedy i dziś, o naszym świecie, który okazał się wcale tak daleko nie odbiegać od świata wojennego.  Dla mnie jednak najfajniejsze było to, że ta dziwna "wpadka" pedagogiczna spowodowała lawinę - moi uczniowie sięgnęli po inne wiersze Różewicza -  starsze i nowsze, bo nagle ten poeta stał się "ich". Zauważyli, że pisze o sprawach  bliskich, ciekawych. I naprawdę mam w nosie, co na to podstawa programowa i wszechmogący klucz.

 *   *   *   *   *   *   *   *   *   *
Kilka dni temu pożegnaliśmy Tadeusza Różewicza. Minister Zdrojewski powiedział, że jego śmierć to "zamknięcie XX wieku wielkiej, polskiej literatury". Ja chyba powiedziałabym, że to zamknięcie polskiej, wielkiej literatury w ogóle. Bo czy ktoś z nas jest w stanie wymienić dwóch żyjących poetów czy dramaturgów młodego pokolenia (30 - 50l.), których nazwiska funkcjonują w społecznej świadomości? Takich, którzy są zamieszczani w podręcznikach, których teksty publikuje ogólnodostępna prasa, a nie niszowe czasopisma specjalistyczne? Chyba nie.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Mrożek by nie wymyślił

- Ciociu! Ciociu! Ciocia widziała urnę? - zaatakował mnie od progu Janek. 
Urnę? Ale jaką urnę? Wyborczą czy taką na prochy? Już chciałam sprecyzować pytanie, gdy oburzona Becia podsunęła mi pod nos jakiś wydruk.
- Patrz! - zażądała.
Spojrzałam i zobaczyłam...urnę.
- Co to jest? - zapytałam otwierając szeroko oczy.
Becia poczerwieniała z oburzenia, a Jasiek zwinął się na podłodze wyjąc ze śmiechu.
- To...cha cha cha...moje...cha ...cha...cha...zadanie egzaminacyjne...
Zbaranienie malujące się na mojej twarzy, odpowietrzyło moją przyjaciółkę. 
- To ja wrzeszczę na własne dziecko, każę zakuwać  jakieś systemy wyborcze i partyjne,  nadążać za tym cyrkiem a Wiejskiej, przykuwam własnego syna do krzesła i każę czytać gazety, a ci <wykaz epitetów znany autorowi> dają TAKIE zadanie? Co to jest? Paraolimpiada?
- Noooo...CKE ponownie się popisała wyrafinowanym poczuciem humoru - skwitowałam puszczając oko do rozbawionego Jaśka - Pytanie zaiste godne powagi instytucji.
Beci tymczasem nie opuszczał atak furii.
- Co oni sobie myślą? Mają nasze dzieci za debili? Co to niby ma sprawdzać?
- Poczucie humoru zapewne - weszłam jej w słowo - spójrz na to z innej strony: młody na 100% ma jeden punkt.
- Mrożek by tego nie wymyślił - podsumował Jasiek, łypiąc na mnie, czy aby dostrzegłam przejaw elokwencji za poziomie znacznie wyprzedzającym egzaminatorów CKE.
- No nie wydurniajcie się - ofukała nas Becia i powędrowała robić kawę.
Ja z Jaśkiem tymczasem zagłębiliśmy się w odmętach internetu, śledząc kolejne wcielenia radośnie uśmiechniętej urny.

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *

Urna niewątpliwie stała się hitem nie tylko tegorocznych egzaminów, ale moim skromnym zdaniem dotychczasowych dokonań CKE. W ciągu kilku godzin internet zaroił się od sloganów typu "Jestem urna i mam Cię za durnia", memów z urą w roli głównej, ironicznych i (ku refleksji CKE: i_n_t_e_l_i_g_e_n_t_n_y_c_h) komentarzy. Powstał nawet fanpage Wesoła urna z egzaminu gimnazjalnego mogący się poszczycić prawie 50 tysięczną gromadą fanów. Młodzież planuje też "wydanie" koszulek z wizerunkiem rzeczonej. 
W całej sprawie martwi mnie jedno - gdy do szkół trafią wyniki egzaminów, a na biurko Ministra Edukacji raporty i statystyki, nikt już nie będzie pamiętał o nieszczęsnej urnie, za to CKE będzie się mogła pochwalić wyjątkowo dobrymi osiągnięciami edukacyjnymi polskiej młodzieży. I jak tu nie wierzyć w spiskową teorię dziejów?

środa, 23 kwietnia 2014

Sztuka kaligrafii, czyli po co uczyć odręcznego pisania w cyfrowym świecie

W świecie rozwiniętej techniki pisanie odręczne stało się umiejętnością zbędną i przestarzałą. To, co kiedyś było chlubą człowieka, dziś zaczyna zanikać. Współcześnie coraz rzadziej piszemy odręcznie. Długopisy, ołówki, pióra czy kredki zastąpiły klawiatura i ekrany dotykowe. W szkołach pojawiły się laptopy, tablety i tablice interaktywne oraz głosy, że pisanie odręczne nie jest umiejętnością kluczową dla współczesnego człowieka. W związku z tym zaczęto poświęcać mniej uwagi dokładności i poprawności zapisu. Eksperci i badacze uważają, że następuje regres umiejętności pisania, który bezpośrednio przekłada się na poziom kompetencji społeczeństwa. Czy jest możliwe, by od równo postawionych literek zależał nas sukces życiowy? Okazuje się, że tak.
Okazuje się, że ręczne pisanie jest nie tylko umiejętnością, ale również czynnikiem warunkującym nasz rozwój, potencjał do osiągnięcia sukcesu w życiu. Jak wskazują badania, podczas czynności pisania w mózgu zachodzi wiele skomplikowanych procesów. Żeby kreski pozostawiane na papierze zaczęły przypominać znaki alfabetu, człowiek musi odpowiednio napiąć mięśnie dłoni, chwycić w określony sposób narzędzie pisarskie, ale przede wszystkim użyć partii mózgu odpowiedzialnych za percepcję wzrokową, abstrakcyjne myślenie, zdolności motoryczne, koordynację i orientacje przestrzenną. Pisanie aktywuje też tzw. ośrodek Broki, który odpowiada za zdolności językowe takie jak mówienie, formułowanie płynnych wypowiedzi oraz organizację tekstu. Badania niemieckie wykazały, że dzieci, które od najmłodszych lat uczone były pisania maszynowego, mają dużo większe problemy z budową dłuższego tekstu pisanego niż ich rówieśnicy piszący odręcznie, ich wypracowania są na niższym poziomie konstrukcyjnym, a ich napisanie zajmuje uczniom dużo więcej czasu. Uczeni zaobserwowali także związek między wyrażaniem uczuć oraz poprawnym wysławianiem się, a nauka odręcznego pisania.
Udowodniono także, że ćwiczenie kaligrafii wpływa pozytywnie na zapamiętywanie informacji oraz koncentrację. Jak wynika z badań opublikowanych przez francuskie stowarzyszenie miłośników kaligrafii Esperluette kaligrafia ma wpływ na oddychanie i koncentrację, dzięki czemu uspokaja i wpływa na rozwijanie postaw kreatywnych.  Badania wskazują, że szybciej uczymy się z notatek napisanych ręcznie niż z tych przygotowanych na komputerze. Kiedy piszemy ręcznie, każdy znak wymaga określonego ruchu dłoni. Ten konkretny, własciwy dla danego znaku ruch znajduje odzwierciedlenie w aktywności neuronów, na co wskazuja obrazy z rezonansu magnetycznego. W momencie, gdy piszemy na klawiaturze, wykonujemy ten sam ruch dla każdej litery - wciskamy odpowiedni klawisz, a więc nasz mózg nie wykonuje skomplikowanych ćwiczeń przy każdym znaku graficznym.
W raporcie "Odręczne pisanie w społeczeństwie" opublikowano badania wskazujące, że  w szkołach, które wprowadziły programy promujące staranne ręczne pisanie zauważono wiele pozytywnych efektów m.in. znacznie wzrosła koncentracja, szczególnie u najmłodszych dzieci a w czasie zajęć zauważalna stała się dużo spokojniejsza, sprzyjająca nauce atmosfera. Dodatkowo nauczyciele zauważyli znaczna poprawę w umiejętności mówienia i słuchania - u dzieci wzrosła pewność siebie i samoocena, a problemy dzieci wymagających nauczania wspomagającego w wielu przypadkach zanikły.
Europejskie badania nad wpływem kaligrafii na rozwój człowieka są stosunkowo nowe. Jednak mam wrażenie, że wyważamy dawno otwarte drzwi. Wystarczy przyjrzeć się japońskiej sztuce pisania, wczytać się w założenia HITSU ZEN DO (dosł. drogi medytacji pędzla) by zrozumieć, jak ważna umiejętność zanika na naszych oczach. I żaden komputer ani ekran dotykowy nam jej nie zastąpi. 

Polecamy też artykuł: Baba od kóz


fot. http://warsztaty-rekolekcje-tyniec.blogspot.com/2013/06/skryptorium-kaligrafia-warsztaty.html

Baba od kóz


- No po prostu nie ręczę za siebie! Co za durna baba! -  takim tekstem powitała mnie pewnego popołudnia moja siostra, Madzia - o po prostu tylko zabić! Musisz mi pomóc. 
Co prawda miewam zapędy mordercze, ale żeby tak od razu wyruszać na rzeź? Nieee... 
- Nikogo nie będziemy mordować przed obiadem. Siadaj, masz herbatę, mów.
- Musisz jutro pójść ze mną na zebranie do Jagódki.
Zebranie w szkole? No nie wiem, czy zbyt pochopnie nie zrezygnowałam  z morderstwa...
- Kreatywna, musisz! Potrzebuję wsparcia pedagogicznego, żeby tej babie ktoś wytłumaczył, że z takim podejściem to kozy pasać, a nie dzieci uczyć!
To już zabrzmiało ciekawie, tym bardziej, że do kuchni wpadł rozindyczony Szwagier z zapłakaną Jagódką lat 11 ciskając kalumnie na durną "babę od kóz". Spojrzałam na Jagódkę i wnikliwym okiem belfra wychwyciłam pod mokrymi rzęskami jadowito - triumfujące spojrzenie. Uuuu...
- Jagódka, powiedz cioci. No powiedz, co się stało w szkole - namawiała córę Madzia.
- No bo pani podarła moje wypracowanie przy całej klasie. I dostałam pałę - wyznaniu Jagódki towarzyszyła teatralna podkówka i bardzo przekonujące uronienie kilku łez.
- Widzisz! Jak tak można! Jak można tak dziecko potraktować! - wymachiwał nożem Szwagier.
- Jagódka, a co pani powiedziała? Tak po prostu wzięła pracę i podarła? - drążyłam temat, zabrawszy Szwargowi wszelkie ostre narzędzia spod ręki.
- Taaaak...Znaczy nieee...Powiedziała, że bazgrzę jak kura łapą i nie da się tego rozczytać - wydukała Jagódka.
- To oburzające, siostra! Przecież Misia jest dysgrafikiem! Ja tę babę do kuratorium podam!

Zapowiadała się niezła draka. Pouczyłam Jagódkę, że mówi się "jak kura pazurem"  i "przeczytać" a nie "rozczytać" i wysłałam na podwórko, do koleżanek. Zrobiłam moim roztrzęsionym krewnym herbatkę i zażądałam, w ramach planowania mordu, analizy sytuacji. Przede wszystkim - zeszytów Jagódki. I tu zaczęły się schody, bo ani moja siostra ani jej mąż nie mieli bladego pojęcia, gdzież może być zeszyt do polskiego.
- Jagódka jest taka samodzielna... Nie sprawdzamy jej zeszytów. 
- Tak, Jagódka nas nigdy nie oszukuje. Sprawa jest oczywista. Trzeba tę panią zwolnić!
Ja jednak z uporem maniaka twierdziłam, że zeszyt jest kluczowym dowodem w sprawie. 
W końcu rodzice odnaleźli coś, co ni cholery zeszytu nie przypominało - odpadająca okładka, rysunki na marginesach, pozaginane rogi. Madzia przeżyła szok, bo "przecież nie tak ją uczyłam". 

Zaczęliśmy przeglądać notatki. Proszę, pisz staranniej, Jagódko, obniżam ocenę za niestaranne pismo, Twoje pismo jest nieczytelne, nie mogę sprawdzić błędów - od takich uwag roiło się w całym zeszycie. Były tam również nieodrobione ćwiczenia dla dyslektyków, podrobione podpisy Szwagra i prace domowe nabazgrane tak, że chyba nawet sama autorka nie byłaby w stanie ich przeczytać. Madzia patrzyła w zeszyt wielkimi oczami i powtarzała co chwila to niemożliwe... to nie Jagódka...
- A ja i tak uważam, że trzeba tę sprawę przedstawić dyrektorowi. Baba się czepia. Komu dzisiaj potrzebne czytelne pismo? Przecież i tak wszyscy piszą na komputerze! Pozwoliłaby dzieciakom używać laptopów i byłoby z głowy - skwitował Szwagier.
- W sumie Sebuś ma rację - przytaknęła Madzia
Tego było już za wiele! Kto jak kto, ale moja wykształcona siostra-lingwistka i jej skądinąd światły mąż historyk, żeby takie brednie wygadywali?
- Czy was już zupełnie pogięło? - wybuchnęłam - przecież odręczne pisanie to jedna z najważniejszych umiejętności!
I tu zaczął się kilkugodzinny wykład na temat tego, dlaczego w erze komputerów i ekranów dotykowych należy dzieciątko posadzić na czterech literach nad kartką papieru i uczyć kaligrafii [skrót w załączniku].

Kiedy Jagódka wróciła z podwórka, wyjaśnianie sprawy dobiegało końca. I nie pomogły już smutne minki i łzy. Okazało się, że nieszczęsne wypracowanie, które w tak spektakularny sposób wylądowało w koszu, miało być przez Jagódkę przepisane czytelnie, że miała na to trzy dni, że nauczycielka wielokrotnie prosiła o staranniejsze pismo i stosowała różne metody, by małą do tego zachęcić. W potokach łez Misia przyznała się też, że od pół roku nie chodzi na zajęcia dla dyslektyków i nie ćwiczy pisania.
- Ale po co ja mam ładnie pisać, jak i tak wszyscy piszą teraz na komputerach - skwitowała całą sprawę Jagódka.
Spojrzałam na Szwagra, który o mało nie zapadł się pod ziemię.

Na zebranie poszłam z czystej, babskiej ciekawości. "Baba od kóz" zaatakowana przez hordę rozwścieczonych rodziców, zachowała stoicki spokój. 
- Panie X., ile razy mówi pan synowi, że ma sprzątnąć zabawki?
- Nooo...raz. 
- Widzi pan, a ja pana dziecko proszę od początku roku, żeby pisało w sposób czytelny. W zeszycie jest 27 takich uwag. Aha, i jeszcze ok. 10 próśb do pana, by porozmawiał pan z synem. Rozmawiał pan?
- Eeee...no nie.
- - - - -
- Nie wolno pani niszczyć pracy dzieci! Powinna pani oddać wypracowania i poprosić o ładne przepisanie.
- Tak też zrobiłam, ale pani córka nie przepisała pracy. Oddała mi po raz drugi tę samą kartkę.
- Niemożliwe! Pani kłamie!
- W zeszycie przedmiotowym jest zapis na ten temat. Z datą i pani podpisem.
-  -  -  - -
 - Mogła pani postawić jedynkę, a nie drzeć prace.
- I co? Kolejną jedynką by się państwo nie zainteresowali, podobnie jak nie interesują państwa uwagi w zeszytach. 
- ????
- Metoda może kontrowersyjna, ale skuteczna. Proszę, tu są przepisane wypracowania. 
- - - - -

"Baba od kóz" okazała się bardzo mądrym pedagogiem, który rozumie, że świat się zmienia i stare metody, choćby najlepsze, przestają po prostu działać. Jedynka, ustna uwaga, uwaga w zeszycie nie mają  realnego wymiaru - nie są odczuwalnymi konsekwencjami, zwłaszcza wtedy, gdy rodzic na nie nie reaguje. Poza tym zawsze można, jak Jagódka, nagiąć fakty i konsekwencji nie będzie. Dziecko obserwuje świat, słyszy i wie, że miano "dysgrafika" chroni je przed konsekwencjami nieładnego pisania i "usprawiedliwia" bazgranie. 
Metoda "baby od kóz" zadziałała, bo nagle jedynka nabrała realnego wyglądu podartej pracy, bo niecodzienne działanie zaszokowało  biernych rodziców, bo dzieci zobaczyły, że nauczyciel może coś poza gadaniem.
Oczywiście, jak każda metoda, ta też nie jest uniwersalna i od wyczucia i mądrości nauczyciela zależy, czy i kiedy ją zastosuje. "Baba od kóz" wykazała się nie tylko dobrą intuicją, ale też odwagą. Niewielu nauczycieli byłoby stać na takie wsadzenie kija w mrowisko. W każdym razie nauczycielka Jagódki odniosła sukces pedagogiczny na kilku frontach: a) dzieci przepisały czytelnie prace b) rodzice pilnują, by ich skarby pisały czytelnie c) rodzice zorganizowali dla dzieci fajne warsztaty z kaligrafii, a dla innych rodziców- zajęcia uświadamiające plusy nauki ręcznego pisania  d) wszyscy zainteresowani współpracują, by wspólnie "osiągnąć sukces edukacyjny". I o to chyba chodzi. Niezależnie od metody :)